Wyszukiwanie

Gildia Fantastów
Stopka redakcyjna
Gildie
  DVD
Nowa Gildia
O nas...
"Gdy pisałem tę ksiązkę wcale nie miałem pewności, że będę jej wydawcą" - wywiad z Robertem J. Szmidtem, autorem "Apokalipsy według Pana Jana"
Ostatnia aktualizacja: 22 lutego 2003
Rozmawiała: Edyta Muł-Pałka




Edyta Muł-Pałka: Mamy już w księgarniach "Apokalipsę według Pana Jana" . W tej  pozycji debiutuje Pan jako wydawca beletrystyki fantastycznej. To także Pańska pierwsza autorska powieść.
Czym się różni bycie pisarzem od bycia wydawcą?

Robert Szmidt: Pierwszą wydaną powieścią był Toy Land, ukazał sie w numerze 11 "Science Fiction", ale to tak gwoli ścisłości. Czym różni się rola wydawcy od autora? To chyba nieporównywalne funkcje. Wydawca to businessman, ocenia utwór od strony opłacalności jego wydania, pisarz wartościuje tekst zupełnie inaczej. Nie musi się przejmować szczegółami technicznymi. Starałbym się rozdzielić obie te funkcje i unikać porównań.

Co do Toy land, przyznaję, pytanie było nieprecyzyjne. Chodziło mi o powieść wydaną w formie książkowej.
W takim razie zgoda, to pierwsza powieść fantastyczna wydana w formie książkowej. Poprzednie dwie książki nie należały do tego gatunku i nawet nie były powieściami, raczej leksykonami wiedzy o grach komputerowych.

Apokalipsa według Pana Jana rozgrywa się w tym samym świecie, w jakim toczy się akcja nagrodzonego Zajdlem opowiadania Andrzeja Ziemiańskiego Autobahn nach Poznań.
Kto wymyślił ten świat? Może powstawał wspólnie a może były jakieś niesnaski?
Tak, niesnaski! Właśnie wczoraj doszliśmy do wniosku z Andrzejem, że wytoczymy sobie procesy i będziemy walczyć o prawo do tego świata.  Taki skandalik byłby doskonałym tłem do akcji reklamowej mojej książki.
A tak poważniej mówiąc, to oba światy są całkiem różne, a połączyło je miejsce akcji i pewien ukłon Andrzeja w moją stronę. Pierwszym tekstem traktującym o tym Wrocławiu były Ognie w ruinach. Autobahn powstał dosłownie chwilę później, a Andrzej Ziemiański umieścił w nim kilka odnośników do rzeczywistości przedstawionej w moim opowiadaniu. We Wrocławiu stoi pomnik Pana Jana, wspominane są jego czasy. To było bardzo miłe doświadczenie, czytać taki tekst i znaleźć w nim cząstkę swojej twórczości. Ale na tym wspólnota obu opowiadań się skończyła, przynajmniej w tamtej chwili. Przystępując do pracy nad Apokalipsą.. miałem nieco utrudnione zadanie, wszak to, co Andrzej zrobił lokalizowało świat Autobahnu.. jako odległą przyszłość Wrocławia z mojego opowiadania, zatem realia musiały pasować do tych przedstawionych w Autobahn. Mamy więc zalane Pomorze, Bałtyk zbliżający się do Poznania i ogólne ocieplenie. Jest też antenat generała Baryły. W końcowej fazie pracy dodałem też wątek chiński, który u Andrzeja miał ogromne znaczenie. Generalnie rzecz biorąc nie pracowaliśmy nad szczegółami wspólnie, świat postapokaliptycznego Wrocławia różni się w obu utworach i to znacznie. Ale to ten sam świat i może, za jakiś czas dojdziemy do jego połączenia.


Skąd wziął się pomysł na postatomowy Wrocław?
To stara historia. Chodząc do podstawówki musieliśmy przerabiać takie tematy jak skutki ataku atomowego, znać sygnały alarmowe, rozróżniać sylwetki samolotów i wiele innych rzeczy, które dla mnie, lubiacego fantastykę i czytającego takie książki jak choćby Aleja Potępienia, były natchnieniem. Pomysł miał dwadzieścia lat, ale dopiero niedawno zdecydowałem się przelać go na papier. Jeśli mieszka się o 50 metrów od bunkra przeciwatomowego, takie myśli przychodzą do głowy. A bunkier był pod boiskiem szkoły, do której chodziłem. Wiele razy schodziliśmy do niego podczas lekcji.

Aż ciśnie się na usta, że to  fantastyczne doświadczenie, dosłownie i w przenośni.
Raczej przerażające. Cuchnące pomieszczenia, ciemne, z małymi pokoikami pełnymi piętrowych łóżek, goły beton. To nic przyjemnego, jeśli ma się trzynaście lat, w ręce gumnyj ryj (maskę P-Gaz) i słucha się wykładu jak przeżyć w takich warunkach. Wyobraźnia pracuje. 


Skąd czerpał Pan wiedzę do nazwijmy to elementów militarnych?
Na to pytanie mógłbym odpowiedzieć tak: Jeździłem Hummerem w Stanach, latałem helikopterem, byłem na pokładzie lotniskowca, siedziałem w kabinie F-16 i odwiedziłem pokład atomowej łodzi podwodnej, strzelałem z M-60, shotgunów, broni krótkiej. Brzmi nieźle, ale... Hummera ma firma, z którą współpracowała nasza gazeta i kilka razy jechaliśmy nim na targi w L.A. Wersją jak najbardziej cywilną i przerobioną na limo. Znaczy przedłużaną. Potem w salonie samochodowym w Santa Monica udało mi sie przejechać wersją z demobilu. Odbyłem lot nad Vegas helikopterem i polatałem nad górami skalistymi (Wielki Kanion). Lotniskowiec-muzeum stoi w porcie w Nowym Jorku, na jegopokładzie można obejrzeć kilkadziesiąt typów samolotów myśliwskich i bombardujących. Za kilka dolców można sobie nawet zrobić zdjęcie w kabinie myśliwca. Atomową łódź podwodną widziałem w Holandii, gdzie za biletami można ją było zwiedzać. Z wymienionej przed chwilą broni strzelałem na policyjnym trenażerze (taki namiot z ekranami, ale broń  wyrywa po naciśnięciu spustu jak prawdziwa, tylko huk jest mniejszy). A tak naprawdę to w wojsku nie byłem
Dzisiaj wiedza jest ogólnie dostepna. Proszę zauważyć, że nie operuję dokładnymi danymi, kalibrami, opisami technicznymi itp. Czytając takie kawałki w technothrillerach na początku odczuwałem zadowolenie, oto fachowy opis itp. ale po dziesiątej książce, w której autor podaje rozmiar tulei w turbinie silnika rakiety można dojść do wniosku, że to przynudzanie obliczone na wyciągnięcie dodatkowej kasy od wydawcy. U mnie elementy uzbrojenia są albo wymyślone - to konstrukcje wyprzedzające obecnie stosowany sprzęt, np. Twardy 2, Sokół 2 czy całkowicie wymyślony Grom, albo też i takie, które są już znane i stosowane (jak wszystkie samoloty czy Hummery). Reszta to już wyobraźnia autora, lektura książek dotyczących militariów (ile można podwiesić rakiet pod konkretny model samolotu itp) i umiejętność przekazania tego w taki sposób, by czytelnik poczuł się zaspokojony.

Opisy militariów w Apokalipsie  nie znudzą więc mało z tym tematem obeznanego czytelnika ?
Sądzę, że te elementy nikogo nie znudzą, unikam długich opisów jak ognia. Zdaję sobie sprawę, że King zrobiłby z zawartości Apokalipsy drugi Bastion, nomen omen, ale moim celem było napisanie akcyjnej książki dla młodego pokolenia czytelników, a to pokolenie omija długim łukiem opisy przyrody rodem z Sienkiewicza.


Na podstawie krótkiego wprowadzenia na ostatniej stronie okładki wynika, że powieść rozpoczyna się gdy po wojnie atomowej ze schronów ukrytych pod Ślężą wychodzą żołnierze.
Dlaczego akurat pod Ślężą umieścił Pan schrony przeciwatomowe? Uważa Pan może górę za coś tajemniczego, skrywającego wiele zagadek?
Pomijając czysto praktyczny aspekt lokalizacji takich bunkrów w tej okolicy - Ślęża to jedyny tak duży masyw górski w okolicach miasta, a jak wiadomo tylko licząca setki metrów warstwa skały może dać najlepszą ochrone takiemu kompleksowi - to miejsce wielce tajemnicze. I nie tylko ja tak uważam. Wystarczy zajrzeć do Waniliowych plantacji Wrocławia Ziemiańskiego. Ślęża to obiekt kultu dawnych mieszkańców tych ziem, dodatkowo miejsce, w którym Niemcy podczas wojny lokowali swoje fabryki. Te sztolnie to nie do końca mój wymysł. A co do zagadek, jakie jeszcze kryje święta góra, to całe książki o nich napisano.

Planuje Pan kontynuację przedstawionych w utworze wątków, w formie powieści czy opowiadań?
Nie wykluczam takiej możliwości, aczkolwiek dzisiaj nie mam jeszcze żadnych konkretnych planów względem tego świata, choć ogólny rys kolejnego utworu już jest naszkicowany. Mówiąc szczerze, jestem przeciwnikiem robienia wielotomowych cykli, które siłą rzeczy wyjaławiają, tak autora, jak i temat. Co innego, gdy kilka osób pracuje w jednym środowisku, wolę zagłębić się teraz w coś innego, tym bardziej, że pomysłów mi nie brakuje.

A wie Pan, że we Wrocławiu powstał klub Twierdza Wrocław?
Nie, ale chyba nie ma nic wspólnego z tym co zrobiłem temu miastu.

Nie ale świadczy niewątpliwie o tym, że pojęcie Festung Breslau istnieje w świadomości mieszkańców i, jak widać,  jest w rozmaity sposób wykorzystywane

Uff, bo już się bałem. Pojęcie Festung Breslau funkcjonuje od dawna i to nie tylko we Wrocławiu - słynna piosenka Kazika o najeździe z Marsa też używa tego symbolu - Wrocław poddaje się ostatni. Ja też w pewien sposób je powielam, zresztą nie kryjąc, iż jest to inspirowane murami Wrocławia z Autobahn nach Poznań. Chociaż, gdyby nawet Andrzej nie opancerzył tak miasta, to sądzę, że tak samo przedstawiłbym je w swojej książce. W czasach zawieruchy miasto musiało być twierdzą.

Jaką przyszłość  przewiduje Pan dla swojej książki? Wzbudzi zainteresowanie czytelników? Dobrze się sprzeda?
Jako wydawca zrobię wszystko, by książka miała stosowną oprawę medialną. George Dablju dwoi się i troi, żeby uwiarygodnić część z historii przedstawionej na kartach Apokalipsy (choćby pacyfikację Bagdadu wspominaną w Ogniach), myślę, że to też wpłynie na zainteresowanie. Zresztą, chociaż mamy dopiero trzeci dzień od wprowadzenia tego tytułu na rynek, otrzymaliśmy już pierwsze domówienia, nie tylko z Wrocławia. Jako ciekawostkę mogę podać fakt, że jedna z księgarń w 4 godziny po odebraniu przesyłki z egzemplarzami zameldowała o wyprzedaniu dostawy i zamówiła dwa razy więcej, za gotówkę. Traktujemy to jako dobry omen, ale jeszcze nie kupujemy rolls royce'ów i cylindrów. Tak naprawdę dopiero zaczynamy promocję, myślę, że będziemy widoczni w mediach, choć może nie teraz, ale dopiero przydrugim, marcowym rzucie.

Czego by Pan sobie życzył w kwestii odbioru powieści jako autor?
Zadowolenia czytelnikow, wyrażonego chęcią przeczytania następnych książek. To chyba oczywiste. Dostaję już pierwsze listy z podziękowaniami, zwłaszcza od ludzi zamawiających książki w naszej księgarni wysyłkowej. Oni pierwsi mieli okazję zapoznać się z treścią Apokalipsy i jeszcze nie zdarzyło się, by któryś mnie mocno zjechał, a to chyba dobry znak.

Co jakiś czas pojawia się w naszej rozmowie pojęcie czytelnika, odbiorcy.. Do kogo jest skierowana ta powieść? Choćby jako wydawca musiał się Pan nad tym zastanawiać.
Gdy pisałem tę książkę nie miałem wcale pewności, że będę jej wydawcą. Dlatego odpowiem może bardziej jako autor. Myślę, że po tę książkę może sięgnąć każdy miłośnik gatunku, ale i ci ludzie, którzy znajdują zadowolenie w powieściach sensacyjnych, thrillerach. To literatura rozrywkowa, zdecydowanie i wbrew temu, co można pomyśleć o tematyce, dość lekka. Nie rozliczam sie tutaj z sumieniami i fobiami mojego pokolenia, bohaterowie nie mają głębokich przemysleń młodego Wertera. W świecie po katakliźmie nie ma miejsca na filozofię, najpierw przychodzi czas działania, niestety też czas bezwzględności. Ale nie jest to świat znany z Mad Maxa, choć w tle przewijają się motywy zdegenerowanych band pustoszących odległe okolice.W Ogniach.. przedstawiłem sylwetkę bezwzględnego włodarza tych ziem, w absolutnie złym świetle. Powieść w pewnym sensie wybiela jego postać. Ale tylko w pewnym sensie. To nadal bezwzględny człowiek, ale poznajemy jego motywy, widzimy efekty jego działań, które mimo wszystko prowadzą do odbudowy państwa. Spora część wydarzeń opisywanych w Apokalipsie.. jest wzorowana na zachowaniach i wydarzeniach historycznych, takich, które miały miejsce i to bardzo, bardzo dawno. A gdyby ktoś zapytał mnie jak to sobie wyobrażam, powiedziałbym, iż wydaje mi się, że gdyby doszło do sytuacji opisanej przeze mnie, tylko ktoś o takich cechach jak Pan Jan potrafiłby odbudować państwo. Ludzie podczas kryzysu potrzebują autorytetów, proszę zobaczyć, co dzieje się w Rosji, kult Stalina zatacza coraz szersze kręgi. Wydaje mi się, że bez rządów silnej ręki mielibyśmy tutaj tylko kolejne Kosowo.

A zatem powieść nawiązuje w znacznej mierze do obecnych zdarzeń wokół nas?
Jej początek, zdecydowanie. Mam nadzieję, że sama akcja już nie bardzo. Mówiąc szczerze, z dwojga złego wolę oglądać Polsat, niż walczyć o korzonki ze zdegenerowanymi mutantami.

Czy ukazany w powieści Wrocław to rzeczywisty obraz miasta czy kreacyjna wizja autorska?
W Ogniach mamy do czynienia z miastem takim, jakie istnieje dzisiaj. Opis przyszłego Wrocławia opiera się na mojej znajomości miejsc, które opisywałem. Zjeździłem też kawał Polski, żeby opisy, w których rozgrywa się akcja były w miarę wiarygodne. Potem musiałem tylko odpowiednio zniszczyć te okolice, co było dość łatwe.

Niszczenie jest łatwe?
I przyjemne :-). Każde dziecko to wie. Stawia z klocków zamek w godzinę a potem łup i Jaś-Godzilla go rozdeptuje. W swojej karierze miałem taki epizod. Polifarb poprosił moją szkołę o pomoc w demontażu urządzeń w starej hali produkcyjnej. Znalazłem się w dziesiątce uczniów wybranych do tego zadania. Scena jak ze Spielberga. Podwieziono nas do drzwi wielkiego budynku, wprowadzono do hali, która niknęła gdzieś daleko w mrocznej perspektywie i powiedziano: ma być równo z ziemią. To była barwialnia przędzy, takie długie rynny ustawione w poprzek hali. Musieliśmy rozdzielić drewno, żeliwo, ołów i inne materiały na osobne kupki. Dostaliśmy każdy po łomie, jaśku (pięciokilogramowy młot), toporku. I zostawiono nas samych. Na początku wydawało się, że to będzie straszna mordęga, ale już następnego dnia nikt nie zgodził się na odejście z grupy, choć mieliśmy pęcherze na rękach a wszystkie mięśnie bolały, że strach. To był prawdziwy szał niszczenia. Mogliśmy robić co nam się podobało, a osiągnęliśmy takie tempo rozwalania maszyn, że doszliśmy do końca hali w niespełna dwa tygodnie. To była totalna demolka. Pamiętam do dzisiaj, że mój kolega z ławki, wice mistrz młodzieżowy w pchnięciu kulą, Grzesiek Tasak (nieprzypadkowo to nazwisko znajduje się w książce) tłukł młotem jarzeniówki wiszące na wysokości 10-ciu, 12 metrów. Rzucał nim dopóki nie porozwalał wszystkiego.

 

Umieścił Pan swojego kolegę na kartach książki?
Tak zrobiłem. Powiem więcej, niemal wszystkie nazwiska osób występujących w Apokalipsie należą do osób mi znanych. Jest tam wielu ludzi z klubu fantastyki (poznaniacy to elita Orbity na ten przykład), kolegów ze szkoły. Pomyślałem, że to naprawdę znakomity sposób na to, by zostało po nich coś więcej. Może nie zawsze pasują charakterologicznie do postaci z powieści, ale tak naprawdę nie dałoby się tego zgrać na sto procent

Można się pokusić o stwierdzenie, że zaczął Pan kreację świata od zniszczenia znanej sobie rzeczywistości. Czy takie dezintegracyjne podejście nie osłabia twórczych pomysłów? Co uzyskuje się dzięki wrażeniu, że można zacząć nie tyle od nowa co drugi raz?
Spalone mosty to najlepszy w życiu start. Tak śpiewa Budka Suflera. Myślę, że odejście od znanej nam rzeczywistości daje naprawdę duże pole do popisu. Można modelować świat na własną modłę bez niebezpieczeństw czyhających na ludzi opisujących rzeczywistość. Każdy początek daje szansę na poprawę błędów z przeszłości. Niemcy po drugiej wojnie światowej były zupełnie odmiennym państwem niż III Rzesza, a przecież nie minęło wiele czasu od upadku Hitlera do planu Marshalla. W Apokalipsie.. obłąkany na punkcie władzy człowiek buduje nową cywilizację. Niszczy każdy przejaw buntu, ale nie przekracza granicy despotyzmu znanego choćby z wydania stalinowsko-hitlerowsko-polpotowskiego. On ma swoją wizję, taką, która może wydać się śmieszna dla każdego, kto zna się na ekonomii, ale ta wizja jest jednocześnie spełnieniem marzeń przeciętnego człowieka.
Upadł stary system wartości, pieniądze, złoto, wszystko to leży na ulicy. Ważne jest bezpieczeństwo i jedzenie, a to zyskuje się jak w armii, zajmując swoje stanowisko w hierarchii i wykonując swoją pracę. W takim rozliczeniu nie potrzeba podatków, danin na utrzymanie machiny urzędniczej. Na to przyjdzie pora, gdy struktury okrzepną. I tą drogą zmierza populista, jakim jest Pan Jan. Potrafi być bezwzględny ale, jak już wspomniałem, w tym okrucieństwie jest metoda.

Tak mógłby wyglądać świat gdyby to Pan go stworzył?
Nie. Zdecydowanie, nie. Kto chciałby żyć w takich warunkach. Ja tylko przedstawiłem jeden z możliwych kierunków rozwoju sytuacji.

Będąc pisarzem ma Pan możliwość stworzenia idealnegoświata. Jaki on zatem by był?
Pewnie idealny :-)

Czy więc nie kusi Pana stworzenie takiego świata w opowiadaniu lub powieści?
Myślę, że nie różniłby sie specjalnie od tego, który znamy, może z paroma poprawkami.

Nic fantastycznego?
A czy to nie byłoby fantastyczne, świat bez raka, bez głodu, bez dico polo i dresiarzy?

Owszem ale w innym znaczeniu tego słowa
Mam pewną awersję do umagiczniania światów, w tym solidaryzuję się z Wojtkiem Świdziniewskim. Czary to uproszczenie, zdawanie się na siłę wyższą. Tak naprawdę wydaje mi się, że świat ,w którym magia ma wielkie wpływy byłby światem martwym. Po co wymyślać wciąż nowe usprawnienia skoro przyjdzie mag i wszystko za nas zrobi. Po co medycyna skoro wystarczy dotknięcie dłoni czarnoksiężnika? Kiedyś zastanawaiałem się,  przy okazji pisania Zaklinacza - to taka parodia fantasy, jak wygladałaby bitwa z udziałem magów. Doszedłem do wniosku, że to raczej awykonalne. Chyba, że magowie byliby po jednej ze stron, ale kto wtedy szedłby do boju przeciw nim? Tylko wariat, a gdy magia jest po obu stronach, zadaniem magów byłoby raczej wzajemne neutralizowanie swoich sił niż realna walka. To jeśli mówimy o fantasy. W sf możemy marzyć o wyprawach do gwiazd, o teleportacji, ale choćby przy okazji tej drugiej - a są już pierwsze udane eksperymenty na tym polu, gdyby ktos chciał wiedzieć, potwierdził mi to Andrzej Drzewiński na ostatnim LOFie (Letni Obóz Fantastyki - minikonwent klubu wrocławskiego) - możemy sobie postawić pytanie czy po rozbiciu na atomy i zsyntetyzowaniu obiektu po drugiej stronie otrzymujemy siebie czy kopię? Marzenia to piękna rzecz, ale lepiej by pozostały marzeniami. Wiem coś o tym. Żeby stworzyć idealny świat trzeba być bogiem i to naprawdę potężnym. To najlepiej widać, jeśli spojrzy się za okno.

 

Jeśli nie kontynuacji wątków z Apokalipsy to czego się możemy w najbliższym czasie spodziewać?
Myślę, że zanim wezmę się za kontynuację Apokalipsy, upłynie jeszcze trochę czasu. Jest już wprawdzie konkretny pomysł na ciekawą przygodę, ale... ustaliliśmy, że w Żółtej Serii powinny pojawić się wcześniej inne powieści, które są już skończone. W lipcu powinien pokazać się Zaklinacz. Totalna parodia fantasy w stylu Shreka, w której znajdą się motywy ze wszystkich znanych i lubianych książek, filmów a także odniesienia do rzeczywistości. Ten tekst wymaga jedynie lekkiego odkurzenia, by był naprawdę aktualny. W kolejce czekają dwie inne długie formy. Samotność Anioła Zagłady w konwencji przypominającej Apokalipsę, tym razem będzie to historia żołnierza, który po wojnie neutronowej musi opuścić swój schron i udać się na wędrówkę przez wymarły kontynent amerykański do jedynego miejsca, w którym znajdują się komory hibernacyjne. Ten tekst powstał dwadzieścia lat temu, potem zaginął i za namową Andrzeja Ziemiańskiego napisałem go od nowa, tym razem mając już za sobą włóczęgę przez Stany, co pozwoliło mi na oddanie realizmu miejsc i zdarzeń. Czwarty tekst, który jest już niemal gotowy to taka trochę Gaimanowska opowieść o policjancie, który trafia  podczas śledztwa na nadprzyrodzone zjawiska, których natury nie rozumie, a które w krótkim czasie doprowadzą go do tajemniczego świata... ale sza, to powieść pełna zagadek, nie można zbyt wiele zdradzić. Jest też druga część Toy Landu, jeszcze bardziej zakręcona (fragment jest na mojej stronie). Myślę, że pojawi sie też kilka opowiadań, chwilowo musiałem odpuścić pisanie, ale powoli zaczynam mieć czas i z pewnością nie zawiodę tych, którzy mają satysfakcję z obcowania z moimi tekstami.

Życzę zatem powodzenia i sukcesów. Dziękuję za rozmowę

Dziękuję również.