Ostatnia aktualizacja: 5 styczeń 2001
Autor: Dacarius
Był upalny dzień. Brudne ulice wypełniał zgiełk miasta. Jednak coś w nim było nie tak. Nie trzeba było być istotą nadnaturalną, by wyczuć ową fałszywą nutę. Nutę paranoi. Strachu. Don Augusto zdawał sobie z tego doskonale sprawę. Głównie dla tego, że on był istotą nadnaturalną...
"Biada ci, starożytne miasto..." - pomyślał. "Samo prowadzisz się na skraj upadku. A twoi ojcowie nie kiwną nawet palcem, by cię ratować... Bóg jest bezsilny. Może więc czas na diabła?"
Telefon zadzwonił. Podniósł słuchawkę i wysłuchał tyrady kardynała - jakiegoś - tam, mówiącego że należy rozgłosić z ambony i nie tylko, że masowe egzekucje, o jakich ostatnio głośno było w mieście, to jedynie propaganda komunistycznych reakcjonistów. Że Watykan popiera Wodza i bla bla...
Telefon zadzwonił po raz kolejny. Tym razem głos był suchy i lodowaty. Powiadomił, tonem nie znoszącym sprzeciwu, że Don Augusto ma być za dziesięć minut w Zgromadzeniu, gdyż zaszła sprawa nie cierpiąca zwłoki.
Teoretycznie miał przygotować kazanie. Ale już od jakiś trzydziestu lat Don Augusto nie był tylko księdzem. Jego dusza nie należała już ani do Boga, ani do Diabła. Miał ją w posiadaniu ktoś, kto na ziemi posiadał równą im władzę... Klan Tremere.
Był poranek, 20 lipca 1943 roku, gdy Don Augusto wyruszył ze swego domu na plebani Kościoła Świętej Teresy, w kierunku centrum Rzymu, do znajdującego się tuż pod bokiem Watykanu Zgromadzenia Zakonu Hermesa Domu Tremere.
Jestem dzieckiem, które musi szybko dorosnąć. A wszystko przez to cholerne oko. Przepraszam... Gosia będzie bardzo zła, gdy się dowie, że powiedziałam to słowo. Ale reszta tak mówi i trudno w efekcie nad tym zapanować.
Boję się tego, co ma nadejść. Podobno jestem obdarzona Wzrokiem, czyli zdolnością przewidywania tego, co ma się zdarzyć. A może to dlatego, że lubiłam historię w szkole i pamiętam, co mówiono o czasach, w których jesteśmy. Straszna wojna, w której zginęły miliony ludzi, a to wszystko przez jakiegoś głupka, który chciał panować nad światem. To dziwne... W bajkach takich jak on zabijali dzielni rycerze i dobrzy czarodzieje. A tu? No dobrze, rycerze to przeszłość, zostali na zamku De La Bonisagus, ale nie uwierzę, że jesteśmy jedynymi czarodziejami w tych czasach. Ani nawet w to, że jesteśmy jedynymi dobrymi...
Z tym dobrem to też dziwna sprawa. Żadne z nas nie jest "złe", wiem że Kooseren ostrzegłoby mnie, gdyby tak było. Ale gdy tylko znaleźliśmy się w Rzymie, Michał i Piotrek zniknęli, by zająć się jakimiś, podobno strasznie ważnymi sprawami (prawda), które nas nie dotyczą (nie do końca prawda), zaś pan Kotrębski i pan Marek poszli na spacer (zupełna nieprawda) w okolice Watykanu (prawda). Ich chyba nic nie nauczyło spotkanie z Kainem.
Z KAINEM?!
Piotrek i Michał nadal nie mogli wyjść z szoku, jaki spowodowało u nich zrozumienie słów tajemniczego wampira, spotkanego w czymś, co mogło być przyszłością Necropolis. Przynajmniej ostatnich jego słów, gdyż reszta niezbyt do nich przemówiła.
- Niestety, trzecie oko na twoim czole mówi samo za siebie. Nie ma innego wampira o takiej potędze, i Z TĄ Dyscypliną....
- Owszem, wszystko pięknie - parsknął Prawdziwy Mag, niezbyt szczęśliwy z takiej metody poszerzania kąta widzenia - ale jak ja się pokażę Z TYM na czole w Zakonie?
- Nijak. - Czarodziej postanowił nie robić przyjacielowi złudzeń - Ukatrupią cię na miejscu, jak nic.
- Świetnie, tyle że ja planuję jeszcze trochę pożyć.
- Trudno. Wszystko wskazuje na to, że musisz się jakoś ukryć.
- Też o tym myślałem, tylko że... sam rozumiesz...
- Okay. Zdobędę zapas również dla ciebie. Nie ma obawy. Powiem, że mam duże potrzeby.
Dwaj ludzie z tłumu, niczym się nie wyróżniający, oprócz tego, że jeden był ślepy, a drugiemu niewiele do tego brakowało, stało w bramie Pałacu Watykańskiego. Jak na osoby z tak poważną wadą wzroku, dość uważnie się rozglądali.
- Pomyśl, Marek. Tyle tu książek i tylko garść głupich śmiertelników na ich straży.
- No, nie wiem - zmiennokształtnemu ostatnio przybyło rozsądku (a może po prostu instynktu samozachowawczego) - gdyby to było takie proste, już dawno ktoś by to zrobił.
- Stare
grimoire w nieocenzurowanych wersjach. Imiona demonów, rytuały, wszystko. Istny sklep z zaklęciami. - W oczach Kotrębskiego płonęły już Piekielne Ognie.
- Tyle że nie na naszą kieszeń - Akiyama próbował studzić demonologa.
- A tam... Z pomocą tego Prawdziwego Gówniarza będzie to na naszą kieszeń. Gośka też mogłaby pomóc, ale będzie kwękać, więc ją sobie darujemy. Tylko...
Mało kto wiedział, że
Kotrębski posiadał dar przewidywania przyszłości. To znaczy, wszyscy wiedzieli, że wróży. Wielu widziało jego ręcznie rysowaną talię Tarota, która wyglądała jak... narysowana przez całkowite beztalencie w dziedzinie plastyki, w dodatku obdarowane przez naturę ostrą krótkowzrocznością i astygmatyzmem na dokładkę. Znaczenia Arkan trzeba było się domyślać, jako że podpisy wymagały aptekarza do ich odcyfrowania. Nie trudno się domyśleć, że bardziej trafne od prognoz Lucjana były nawet horoskopy w "Expressie".
Ale czasem, tak jak w tej chwili, przyszłość stawała się dla demonologa otwartą księgą. Raz zlekceważył przesłanie i przyzwał, wbrew jego zaleceniom ducha ognia w swym mieszkaniu... Kotrębski może popełniał wiele błędów, ale rzadko kiedy ten sam dwa razy.
- Chodźmy stąd... szybko - złapał za rękę Marka
- Czemu... a książki?
- W księgarni - warknął mecenas, po czym poszedł szybkim krokiem w stronę domu.
"Musi być gdzieś egzemplarz tej księgi, którego nie pilnuje Inkwizycja! Dlaczego ten cholerny talent tego mi nie pokaże?!"
Był piękny dzień, 20 lipca 1943 roku. Już od dwu dni, przyjaciele przebywali w Rzymie, zaś sprawa nie posunęła się ani o krok. W sumie nic dziwnego. Przeżycia, jakich doznali w trakcie starcia ze swoimi klonami i później, w alternatywnej (nikt, łącznie z Gosią nie zamierzał wierzyć, że jest to
ich przyszłość) przyszłości, sprawiły, że nawet faszystowskie Włochy jawiły się jako całkiem dobre miejsce na przerwę w podróży. Zwłaszcza, że pomimo - jak dotąd - bezbłędnych przeskoków, Pashira nie wyczuwała obecności kolejnego Ziarna Wiedzy. Również klony nie ujawniły swej obecności, co dawałoby okazję do odzyskania Jalomasin. Tak więc kabała zwiedzała Wieczne Miasto, starając się ignorować faszystowskie apele, kręcących się wszędzie szpicli, czy też żywność na kartki. Aura tajemniczości, otaczająca większość takich jak oni, dodatkowo zapewniała im spokój - zaburzenie rzeczywistości, jakie tworzyli, skutecznie odwracało od nich uwagę szpiegów, żandarmów i komisji rekrutacyjnych.
Najbardziej irytujące dla wszystkich (a najbardziej dla Piotrka i Michała) było ujawnienie faktu iż dwaj młodzi czarodzieje są ghoulami. Sprawę dodatkowo rozdmuchał Kotrębski, który wykorzystał moc Kooseren do przeprowadzenia małego śledztwa, wyjawiającego powiązania chłopaków z Klanem Tremere. Michał próbował wykorzystać nowo zdobyte moce do wymazania innym tego z pamięci, ale okazało się, że czarodzieje dosyć dobrze potrafią się bronić przed sztuczkami Nieumarłych, zaś Gośka wydawała się być na nie całkowicie odporna. Jednak po wyznaniu, zapomniano o sprawie bez użycia Dominacji - w końcu to wyłącznie problem Michała i Piotrka, przynajmniej dopóki Klan nie ma planów sprzecznych z interesem drużyny. A jeśli chodzi o Kotrębskiego - oddał on Ziarno dość szybko z powrotem Pashirze, gdy Kooseren rozwiał również kilka złudzeń odnośnie jego własnej skromnej (?!) osoby.
- Przepraszam, czy pani jest Małgorzatą Dorską? - głos był miły i melodyjny, lecz Gośka stanęła jak wryta. Tu nikt nie miał jej prawa znać... No chyba że Tamci lub ich agenci...
Powoli odwróciła się... ostrożnie... przy okazji zaciskając rękę na Klaive. Zalało ją gorąco... tego się nie spodziewała...
- Kristian? - wyszeptała na widok młodego Sidhe o jasnych włosach i złotych oczach... Jej rycerza z bajki... a przynajmniej kogoś, kto, chciałaby, by był jej rycerzem.
- Tak, to ja...
- Co ty tu robisz? Też podróżujesz w czasie?
- Nie, całkowicie w przestrzeni. Ale wydawało mi się, że cię znam skądś w przeszłości... A może z przyszłości...
Gosia zrozumiała. Sidhe nie posiadali linearnej percepcji czasu, takiej jak ludzie czy Niższe Faerie. Już u Gośki, która tylko w połowie należała do tej mitycznej rasy, owa nielinearna percepcja czasem się objawiała, czego efektem były potężne zdolności wróżbiarskie młodej czarownicy. Kristian jeszcze jej nie znał, ale "pamiętał" ich przyszłe spotkanie.
Spędzili ze sobą popołudnie, wieczór, zaś późną nocą szlachcic Sidhe odprowadził ją do hotelu w którym mieszkała i pożegnał przed drzwiami, obiecując spotkanie następnego dnia. Obydwoje wiedzieli, że następne ich spotkanie nastąpi dopiero wiele lat później... ale dlaczego nie pozwolić sobie na chwilę kłamstwa.
- Gośka, gdzie się podziewałaś? - Ostry ton Marka sprowadził dziewczynę z obłoków
- Spacerowałam po Rzymie... - odparła prawie szeptem wiedźma, rumieniąc się i spuszczając oczy niczym dziecko przyłapane na gorącym uczynku.
- Pashira namierzyła Ziarno. A Oni chyba namierzyli nas. A ty sobie spacerujesz? - Piotrek spojrzał się na dziewczynę z wyrzutem.
- Nie wiem czy to naprawdę wasze sobowtóry. Ale, tak czy inaczej, możecie mieć poważne kłopoty - Gosia dopiero teraz zauważyła nową osobę w pomieszczeniu. Był to mężczyzna, około trzydziestki, może trochę młodszy, o czarnych włosach i dość sympatycznej twarzy. Sylwetkę miał niepozorną, zaś jego strojem była czarna sutanna.
- Chyba się nie znamy - zauważyła Gosia.
- Ach tak, przepraszam - Michał zerwał się z kanapy. - To Ojciec Augusto, nasz przyjaciel z Rzymu. A to Gosia, nasza przyjaciółka z Łodzi...
- Miło mi... Skąd pan wie, w czym problem?
- Michał wtajemniczył mnie w sytuację
- Michał, musimy pogadać - Gośka dość stanowczo złapała młodego ghoula za rękę i wyprowadziła z pokoju.
- Teraz ty?
- Oszalałeś, czy co?
- Nie jesteś oryginalna. Tamci też się o to pytali. Nie, nie oszalałem... przynajmniej nie bardziej niż dotąd.
- Ale wygadać wszystko obcej osobie?!
- Po pierwsze, on nie jest obcy. Jest czarodziejem i kimś takim jak ja.
- Czyli ghoulem Tremere?
- Mniej więcej tak.
- Co znaczy mniej więcej?
- Wystarczająco wiele, aby mu zaufać.
- Po co?
- Najprostszy powód: zna lepiej to miasto i ten kraj od nas. A wszystko wskazuje na to, że może to być
bardzo potrzebne...
- A więc, panie Augusto? - spytała się Gosia, wracając do pokoju. Michał nie rozwiał bynajmniej jej obaw, ale nie miała wyjścia. Musiała pogodzić się z sytuacją.
- Wszystko wskazuje na to, że ktoś wie o was. Całkiem możliwe, że wasza kamienica jest obserwowana, a kto wie, kiedy zechcą was aresztować.
- Ale dlaczego? Nie jesteśmy stąd, nikt nas nie zna... - zaoponował Kotrębski
- Czy to nie wystarczający powód? - uśmiechnął się Don Augusto
- No bez przesady! Takiej paranoi to nawet my nie mamy.
- Ale oni mają. Cała ta sprawa śmierdzi na kilometr. W dodatku mieliście pecha pojawić się w tym samym dniu, w którym do miasta sprowadzono ten cygański tabor...
- Co sprowadzono?! - weszła mu w słowo Gośka
- Tabor. Przypuszczam, że zamierzają go wysłać do Niemiec, aby pozbyć się "niższej rasy".
- Musimy się tam dostać!
- Zaraz, zaraz, co nagle to po diable. To trochę mało rozsądne. - ksiądz uśmiechnął się, po czym spoważniał - Właśnie to mówiłem, gdy weszliście mi w słowo. Oni chyba uważają was za jakiś ruch oporu, albo kogoś w tym stylu. Myślą, że chcecie ich odbić. Chyba.
- Ale przecież my nie rzucamy się w oczy - zaprotestował Marek
- Tak samo jak większość konspiratorów. Przynajmniej tych, którzy żyją.
Gosia i Michał wyszli, by sprawdzić, kto nas podsłuchuje. To dziwne. Mi mama (ta nieprawdziwa) powiedziała, że nieładnie jest podsłuchiwać i że mam tego nie robić. A tu duzi ludzie robią to. Dlaczego dzieci mają się dobrze zachowywać, skoro dorośli tego nie robią? Albo takie kłamanie. Mama mówiła, że jeśli będę kłamać, to nie urosnę. Tata wtedy wtrącił się i zapytał, dlaczego w takim razie mama urosła, skoro opowiada takie bujdy małemu i naiwnemu dziecku. Mama odpowiedziała, że to w celach wychowawczych (cokolwiek to oznacza). Wtedy tata zapytał mnie czy rozumiem, że niedobrze jest kłamać. Odpowiedziałam, że tak. Wtedy pogładził mnie po głowie i zabrał mamę do drugiego pokoju i zaczął z nią rozmawiać. Domyśliłam się, że to na mój temat, więc poszłam za nimi. Wtedy właśnie dowiedziałam się, że podsłuchiwanie też jest złe.
A tutaj ludzie podsłuchują, kłamią, a nawet zabijają się i mówią innym, że tak powinno być. Kiedy szliśmy ulicą, jakiś ubrany na czarno chłopak, prawie w wieku Gosi, splunął mi w twarz, po czym nazwał "zwierzęciem". Gosia nic nie powiedziała, jednak gdy odszedł, wyjęła swe rekwizyty i chciała mu "dać nauczkę". Ja jednak wyczułam, że on nie wierzy w to, co powiedział. Dlaczego więc tak powiedział? Dlaczego ludzie udają, że jest inaczej niż jest?
Na ulicach stoją tłumy ludzi, słuchający z nabożną czcią kłamców, stojących na podiach. Ci mówią o nienawiści, zabijaniu i takich tam, podczas gdy tak naprawdę mają nadzieję, że to ich ominie. Jeden mówił o tym że trzeba zabić wszystkich Żydów, podczas gdy Kooseren powiedział mi, że sam należy do tego narodu. Dlaczego więc tak mówił? Czy chce zabić tylko innych Żydów, czy chce, by jego również zabić? Ludzie są dziwni. Nie rozumiem ich. A przecież nasza podróż przez czas, ma być dla ich dobra. Tylko dlaczego my mamy dbać o ich dobro, skoro oni sami o nie nie dbają?
- Tam jest! - szepnął Mag Cieni do swej towarzyszki - Chodźmy za nim.
Jestem magiem, a moja wola jest prawem. Niech cienie, Dzieci Nocy, przybędą na me wezwanie. Zrodzone w miejscach, gdzie światło nigdy nie zawitało, otoczcie nas. Zaćmijcie oczy naszym wrogom. Niech zmysły zdradzą ich, gdy będą próbować wyczuć naszą obecność. Niech pozostaną nieświadomi tego, co czeka ich w przyszłości...
Ciemność zawirowała, jakby słowa czarodzieja dały jej życie. Plamy czerni, zbudzone wezwaniem, podążyły w kierunku magika, tworząc wokół niego i jego przyjaciółki sferę cienia, gdzie nawet lampy uliczne przygasły lub wyłączyły się na chwilę. Zwykli ludzie nic nie zauważyli... Tak miało być. Mieli nic nie widzieć. A zwłaszcza dwóch sylwetek, które pragnęły pozostać niezauważone.
Szpieg również nic nie zauważył, choć uważnie się rozglądał. Choć śledzący go tego nie wiedzieli, nie był jednym z Nieprzebudzonych i widział więcej, niż zwykli ludzie. Jednak to mu nie pomogło. Naturą magii cieni było zaćmić wszystkie zmysły - nawet te nadnaturalnego pochodzenia. Tak więc pewien, że podąża sam przez okryte całunem nocy miasto, szpicel dotarł do Pałacu Watykańskiego. Skinął na strażników, którzy przepuścili go do środka.
- Co to, Inkwizycja? - parsknął Michał.
- Nie wiem... - szepnęła Gośka - Tak czy inaczej, dalej nie pójdziemy. Ci strażnicy stoją za blisko siebie, zauważą nas mimo twojej magii.
- Nie mogłabyś przerzucić nas do środka?
- Obawiam się, że nie. To święta ziemia, a poza tym, nigdy tam nie byłam. Równie dobrze możemy wylądować na Marsie...
- Pocieszające przynajmniej jest to, że nie przysłali go Tamci...
Czarodzieje pilnowali jeszcze przez jakiś czas bramy, ale szpieg chyba zamierzał pozostać w Watykanie na noc. Zniechęceni wrócili do domu.
Agent tymczasem przeszedł przez pałac, po czym udał się w kierunku drugiego wyjścia. Poczucie magicznej obecności, jakie prześladowało go od pewnego czasu, zniknęło. Wszystko wskazywało jednak na to, iż mimo starannego sprawdzenia otoczenia, był on w jakiś sposób obserwowany. Jednak, w jakikolwiek sposób było to wykonane, kontrmagia Watykanu przerwała obserwację. Nie niepokojony przez nikogo, Agent TRX - 1237 - AP dotarł do Pałacu Wodza. Tam już na niego oczekiwano.
Opuściliśmy nasz dom jeszcze tej samej nocy. Gosia zaraz po powrocie wyjęła bowiem swoje lusterko i wyszła do sąsiedniego pokoju. Chwilę potem wróciła i kazała się wszystkim spakować. Ponieważ wszyscy wiedzieli o umiejętnościach mojej przyjaciółki, jeśli chodzi o przewidywanie przyszłości, spakowali się naprawdę szybko. Chwilę po wyjściu z domu, pod bramę zajechały trzy czarne samochody. Dalszego ciągu nie chcieliśmy oglądać.
Don Augusto zaproponował nam pomoc w opuszczeniu Rzymu, gdyż, jak wcześniej zauważył, istniała spora szansa, że teraz szuka nas Policja. Reszta jednak nie bardzo mu ufała i poprosili mnie o to, bym sprawdziła jego intencje. Dokładniej, poprosili o to Gosię (dokładnie brzmiało to tak: "Gosia, niech Pashira sprawdzi, czy ten ksiądz czegoś nie kombinuje przeciwko nam"), tak jakbym się w ogóle nie liczyła. To dziwne, ale wcześniej nie zwracałam na to uwagi. Nieważne (nieprawda). Dobrze, jest to ważne, ale teraz mamy ważniejsze rzeczy (prawda... nie całkiem). Ksiądz miał dobre intencje i rzeczywiście wiedział jak uniknąć patroli Policji, które za nami wysłano. Zgodnie z planem przeprowadził nas poza granice miasta, do obozu Cyganów. Mówił wprawdzie, że nie jest to zbyt rozsądne, że nie jesteśmy tam ani trochę bardziej bezpieczni niż w mieście, ale mieliśmy przecież pewne zadanie do wykonania, a gdzie indziej moglibyśmy szukać śladów? Zwłaszcza, że gdy tylko zobaczyliśmy cygańskie wozy, poczułam Ziarno. Teraz nasz kierunek podróży był już jasno określony...
Cyganie, jakich spotkaliśmy w obozie, byli inni od tych z zamku De La Bonisagus, a także od tych z Meksyku. Byli brudniejsi, ich wozy były połatane, a oni sami wychudzeni. Mieli niewiele majątku, a zwłaszcza mało jedzenia. Również, co wyczułam tylko ja, ich Krew była o wiele słabsza niż tych, których spotkałam wcześniej, poza tym miała dziwne ślady jakby zwierzęcej domieszki. Nie ufali nam. Widać było to od razu. Szczególną nieufnością obdarzyli Ojca, Piotrka i Michała, o mało nie wypędzając ich z obozu. Dopiero gdy pan Kotrębski przedstawił im mnie (wypchnął przed siebie, mówiąc "ale mamy także jedną z was"), udzielili nam gościny i miejsca zamieszkania. Tak przy okazji, nie rozumiem dlaczego nikt nie chce mi wyjaśnić, co to jest "gul" i dlaczego nikt ich nie lubi.
- ... Wtedy odkryliśmy, że nasze sobowtóry wpędziły nas w zasadzkę i pospieszyliśmy sobie na pomoc... Wiem, brzmi to dziwnie, ale ten przedwieczny tak to wszystko ustawił. Wprawdzie nie udało nam siebie uratować, chyba... sam nie rozumiem jak to się stało... W każdym razie gdy tamci zauważyli, jak wracamy, uciekli. Tak drugie ziarno zostało w naszych rękach. - zakończył Piotrek.
- To interesujące - powiedział Król. - Za dobrą opowieść należy się nagroda. Dajcie chłopakowi coś do picia!
- Jak to się dzieje, że nie macie co jeść, a macie alkohol? - zdziwiła się Gosia
- To dość proste, chyba im coś poplątało się w przydziałach i dali nam więcej wódki niż chleba - odparł beztrosko król. - Jutro powinni przyjść i to naprawić, ale - puścił oko do czarownicy - będą mieli nam co dać, ale nie będą mieli co zabrać - zachichotał.
- Nie pomyśleliście, że to może być specjalnie? Że chcą...
- Bzdura... Co by im to dało? Przecież jeśli nam nie dadzą jeść, sami sobie to weźmiemy. To nie ma sensu.
- Nie sądzę - mruknął Kotrębski - alkohol was niszczy, a kradzieże wzbudzają wrogość...
- Nazywasz nas alkoholikami i złodziejami?! - Król o prawie rzucił się na demonologa. Po chwili jednak ochłonął na tyle by kontynuować - Tak traktujesz tych, którzy udzielili ci gościny?! Uważaj na słowa,
stregoni, inaczej możemy zapomnieć o tym, że jesteś naszym gościem!
- Prawda zawsze boli - mruknął cicho Kotrębski, ale tak, by nie usłyszał go porywczy władca.
Następne dni w obozie Cyganów upłynęły bez większych konfliktów. Poza tym, wszystko wskazywało na to, że ta
kumpania nic nie wie o Ziarnie, ani miejscu jego ukrycia. Najbardziej frustrowało to Gośkę, której wróżby nieodmiennie wskazywały na to miejsce. Dlatego też Michał, Don Augusto, Piotrek, no i oczywiście Pashira, przeszukiwali cały teren obozu, w poszukiwaniu artefaktu.
Michał zaprzyjaźnił się z Don Augusto, który nie tylko wiedział dość dużo o Zakonie, ale także był - pomimo powiązań z Kainitami - całkiem sympatyczną osobą. Nie pragnął pozycji, a jedynie wiedzy. Z drugiej strony, jego władcy potrzebowali kontaktu w Kościele, więc pozycja księdza była niska, lecz całkiem stabilna.
- Właściwie, to czego my szukamy? - spytał się nagle ghoul.
- Ziarna. Szarego, z czymś w rodzaju pentagramu wyrysowanego na powierzchni. Albo szkatułki z czymś takim.
- Rozumiem. Myślisz, że gdzieś to zakopali?
- Nie wiem. Dlaczego Pashira nie użyła swojego Ziarna by wydobyć prawdę od tych... - Michał powstrzymał się przed powiedzeniem czegoś niepochlebnego o ich gospodarzach. Irytowało go podejście tych Cyganów, tak różne od zachowania Ludu Daenny w innych epokach.
- Nie wiem? Może nie chce?
- Nie chce znaleźć Ziarna? To po co nas tu w ogóle ściągnęła? Dlaczego Gośka po prostu jej tego nie każe?
- A dlaczego mnie o to pytasz? - uśmiechnął się Tremere
- Ojcze, muszę ci coś powiedzieć...
- Tak, maleńka?
- Użyłam swej mocy, by sprawdzić, czy Król mówi prawdę...
- I?
- Kłamał.
- Więc dlaczego tego nie powiesz innym?
- Bo wtedy... oni chyba zmuszą go do oddania Ziarna
- Przecież taka jest wasza misja.
- Niezupełnie... tak myślę... On powinien oddać je sam.
- A jeśli tego nie zrobi?
- Zrobi. Wiem to...
- Też tak sądzę. Ale wolałbym, by to nie nastąpiło.
"Ja też wiem..." pomyślała rudowłosa wiedźma. "I też wolałabym raczej stracić to Ziarno... Niestety, moją mocą jest znać przeszłość i przyszłość, a nie ją zmieniać..."
Tej nocy przyszła śmierć. Przyszła pod postacią trzech mężczyzn w czarnych, skórzanych płaszczach. Przeszli nie zatrzymywani przez bramę obozu, po czym skierowali się w stronę królewskiego wozu. Podeszli bliżej, nie zauważeni. Mieli jasne rozkazy...
1269857/1928/43 Wejść do obozu, dotrzeć do wozu na współrzędnych 123/45, zdobyć niewielką skrzynkę, zawierająca źródło Pierwiastka. Obrońców wyeliminować. Świadków wyeliminować.
Kotrębski przebudził się ze snu, w którym jakiś cyfrowy głos wydawał rozkazy. Demonolog od razu skojarzył je z trzema czarnymi cieniami. Nie miał czasu na nic subtelnego...
Ignis Conflagratio Domini!
Płomienie, które spowiły przeciwnika nie były zbyt skuteczne, gdyż pod płaszczem skrywał on złotą zbroję, odporną w jaki sposób na Piekielny Ogień. Nieco lepszy efekt miał sam krzyk czarnoksiężnika, który obudził resztę grupy, jak również Cyganów. Niestety, pomimo przewagi liczebnej obrońców, szybko stali się oni stroną przegrywającą, gdy ramiona napastników rozpadły się ujawniając miotacze ognia i karabiny maszynowe
Celi 12. DEI?
> Zniszczyć wszystkich. Ze względu na pewien stopień Przebudzenia celi, niewielkie ryzyko Paradoksu. Użyć pełnej siły ognia.
Zrozumiane, DEI.
Jeden z Cyganów rzucił się na napastników, a jego dłonie przemieniły się w szponiaste łapy. Poruszając się tanecznym krokiem, z nadludzką szybkością ciął pancerz robota. Powtórzył cios, lecz w tej samej sekundzie został rozszarpany na strzępy przez kule z RKM-u. Na pancerzu napastnika nie pozostał żaden ślad.
Kotrębski wypowiedział po raz kolejny zaklęcie, jednak tym razem ogień wybuchł nieopodal, nie czyniąc wrogowi (na szczęście nie tylko jemu) żadnej krzywdy. W tej samej chwili, roboty otoczyła sfera ciemności.
Piotrek obudził się, po czym użył Zmysłu Korespondencji by zorientować się, co dzieje się na zewnątrz. Nie zajęło mu to wiele czasu. Rozpoznał bez trudu konstrukty Technokracji. Takie same, jak te, które zabiły jego rodziców...
- HIT Marki! - krzyknął, a Bestia w jego sercu obudziła się i zaczęła żywić nienawiścią. Scena śmierci rodziców ożyła w mózgu chłopca i sprawiła, że był bliski rzucenia się na roboty i podjęcia próby rozszarpania ich gołymi rękoma. Na szczęście był nie tylko ghoulem, ale przede wszystkim Magiem. Ostatnimi przebłyskami woli, wszedł swą świadomością do wnętrza umysłu, uspokajając go i pętając szalejącą Bestię. Odzyskał panowanie nad sobą. Ale nie był przez to ani trochę mniej wściekły. Tyle że teraz gniew był jego siłą, a nie słabością.
Sfera cienia nie była w stanie na długo powstrzymać HIT Marków. Również ognisty byt, wezwany wspólnymi siłami Michała, Marka i Lucjana starczył tylko na chwilę. Jednak na dość długo, by Cyganie oddalili się od konstruktów. Wtedy Piotrek skoncentrował się na maszynach. Zdziwił się, gdy zamiast wymyślnej bioelektroniki, w ich "ciałach" znalazł setki elektrycznych obwodów i lamp elektronowych.
"Jakiś wcześniejszy model" - pomyślał - "Tym lepiej dla mnie"
Zaczął inkantację w tajemniczym języku sprzed eonów, a z każdym słowem, jego zmysły coraz lepiej dostrajały się do pulsującej w "żyłach" HIT Marków elektryczności. Niestety, gdy tylko spróbował coś zmienić, mistyczna bariera przecięła pasmo mocy. "To ten ich metal... zatrzymuje magię. Gdybym miał choć odrobinę Tass" - pomyślał. Nagle o mało nie roześmiał się, burząc przy tym koncentrację... Miał przecież go mnóstwo. W każdej kropli krwi, oprócz swojej własnej esencji posiadał drugą, pochodzącą od samego Kaina! Chwila dodatkowej pracy, by wpleść ten magiczny strumień w zaklęcie... i jeden z robotów zaczął wykonywać dziwny "taniec", gdy elektryczność w jego obwodach oszalała.
Drugi przegrał jednak z przywołanym demonem, zwłaszcza, że Cyganie wcześniej skrępowali go rzucanymi linami. Jednak trzeci wciąż był aktywny i po zniszczeniu ducha, skierował się w kierunku drugiego, co do intensywności, zaburzenia Ładu.
DEI?
> Wykryto Przebudzonego o profilu Maga Tradycji. Rozpocząć sekwencję terminacji
Piotrek z przerażeniem zorientował się, że nie ma czasu na kolejne zaklęcie. Lufa RKM była wycelowana wprost w niego. Nic by nie uratowało młodego Maga, gdyby nie olbrzymi, kolczasty głaz, jaki zjawił się w powietrzu i spadł wprost na robota. Tego nie wytrzymała nawet magiczna zbroja. Wokół głazu opadał powoli srebrny pył.
- Gośka... dzięki. - szepnął Piotruś - Tylko... skąd wytrzasnęłaś głaz?
- To takie czary - uśmiechnął się Don Augusto.
Gośka siedziała ponura, a jej oczy błyszczały od łez. To wszystko była ich wina. Próbowała wmówić sobie, że jest inaczej. Że to i tak by się zdarzyło. Ale nie pomogło. Gdyby wtedy nie powiedziała na apelu tych głupot ("przecież mówię po polsku, nikt mnie nie zrozumie"), gdyby nie przybyli do Rzymu, gdyby...
Wtedy może nie zabraliby tych Cyganów...
Po nocnej bitwie, do obozu przybył spory oddział Policji. Przyszli do Króla, po czym bez ogródek poinformowali go, że jego grupa nie może dłużej przebywać na terenie Włoch. Policja otoczyła wozy, po czym cały korowód wyruszył w stronę stacji kolejowej. Tam wozy zostały załadowane na przygotowane rampy, po czym całość ruszyła na północ... W stronę jedynego kraju, gdzie tacy jak oni byli traktowani gorzej niż we Włoszech...
Gośka chciała płakać. Ale nie mogła. Mieli zadanie. I nie mogli za bardzo zmieniać historii.
"A właściwie dlaczego?! Dlaczego możemy kraść Tass, staczać bitwy z
Vhozd' ami, mówić wszystkim że jesteśmy z przyszłości, rozmawiać z Kainem... a nie możemy pomóc tym ludziom?"
- Dlaczego?! - krzyknęła niemal
- Co? - spytał się zdezorientowany Michał
- Nie możemy ich uratować...
- Owszem. Nie możemy.
- Ale dlaczego?
- Bo...
- Wiem, kontinuum. - odparła gorzkim tonem - Gdyby to była prawda, historia runęłaby na łeb i szyję. Przecież to co zrobiliśmy do tej pory trudno nazwać "nieingerencją".
- Ale teraz... sama rozumiesz. To trochę