Ostatnia aktualizacja: 27 maja 2001
Autor: Szymon "Doxeopotli" Rudnicki, Creator of CUD
Leczcie depresję! To choroba, która nam przeszkadza. Macie być szczęśliwi, macie działać, a nie wpędzać się w dołki zbędnym myśleniem. Świat jest piękny, jasne! Niczego nie nauczył was Gombrowicz. "Słowacki wielkim poetą był!" Czy ktoś pytał o zdanie? Może jeszcze zaczniecie zbierać się w grupy, Wy niedobitki zastanawiających się nad światem? Może jeszcze zachce Wam się szerzyć głębokie idee? Czy dotrze do Was, że jesteście przeżytkiem? Dajemy wam wykształcenie, odpowiednie informacje, które pozwolą Wam poprawie funkcjonować w naszym społeczeństwie. Naginamy się nawet do praw natury tworząc dla Was wyścig szczurów. Przetrwa najsilniejszy, najlepiej przystosowany, najszybciej przetwarzający, działający. Nie widzicie, że MUSICIE się dostosować. Kłębią się Wam w głowach jakieś bzdury o wolności. Czy ta wolność, którą Wam dajemy jest zła? Opowiem Wam historię, wytłumaczę po raz kolejny jak należy działać i pokaże co dzieje się gdy nie przestrzegacie zasad.
Papierowe postacie przewijające się dookoła. Postacie nafaszerowane idiotycznymi przekonaniami, urobiona na papkę banda oszołomów pozujących na ludzi. Popularnych jak w amerykańskich serialach i płytkich jak dół na ekskrementy. Nie myślących, a przyswajających. Wypowiadających zasłyszane przypadkiem słowa jako swoje, bez udziału mózgu. Chodzące dyktafony, którym wydaje się, iż głowice działają bez prądu. Jakież to proste. Jakież przyjemne. Rzygać mi się chcę kiedy widzę co potrafi zrobić ze sobą społeczeństwo w tak krótkim czasie.
Krzysztof był młodym idealistą jak większość z Was. Właśnie rozpoczął swój pierwszy rok nauki w liceum. Nowa szkoła, nowe znajomości. Dla dobrych dzieciaków był to wspaniały okres. Właśnie zaczęliśmy na dobre zadomawiać się w tym kraju. Daliśmy temu narodowi, naszą telewizję, wpuściliśmy nasze gry komputerowe, pokazaliśmy Wam poprawny styl życia. Wypróbowany w tylu miejscach, że nie może być mowy o pomyłce. Wszyscy zaczynali być szczęśliwi... prawie wszyscy. Krzysztof odstawał. Miał niesamowity potencjał, a wolał go marnować, trzymać dla siebie. Bardzo go chcieliśmy, ale był oporny. Nie interesowały go nasze programy telewizyjne, nie chciał dyskutować o najnowszych grach komputerowych. Nie podobał mu się lansowany styl ubierania. Nie chodził na dyskoteki, bo muzyka mu nie odpowiadała. Nie, On musiał być indywidualistą! Czytał poezje, klasyków literatury, a takie ciekawe czasopisma wprowadziliśmy, kolorowe, dla nastolatków. Słuchał łomotu jakiśakolitów Hagalaz, cholerna sekta, na nią też przyjdzie czas. Dobrze mu było na marginesie i nie chciał wchodzić w nurt. A próbowaliśmy po dobroci. Nasi nauczyciele delikatnie dawali do zrozumienia, że nie podobają się im długie włosy i czarne ubrania. Sprowadzali na dobrą drogę stawiając niskie stopnie. A ten w zaparte, nawet się nie użalał. Zrobił sobie skorupkę i brnął w górę rzeki zamiast płynąć z prądem. Silniejsze środki powodowały tylko umacnianie skorupy, w której się zamykał. Nie pomagały nagany, piętnowanie i wizyty u dyrektora. Nie potrafił zrozumieć czego od niego chcemy, nie docierało, że to dla jego dobra, że bez nas nie znajdzie sobie miejsca w społeczeństwie. Skorupa stała się tak twarda, że nawet wyrzucenie na stałe z lekcji religii nie zrobiło na nim wrażenia. Totalnie aspołeczna jednostka. Musieliśmy odpuścić... na trochę. Nadarzyła się okazja, zmiękł, znalazł przyjaciółkę. Gapił się na nią cały rok zanimodważył się umówić. Zero przebojowości, a jednak w końcu udało mu się przełamać. Nad nią pracowaliśmy już jakiś czas, też ciężko szło, ale ona była nieszkodliwa, nie usiłowała szerzyć swoich wyrosłych z nieprzystosowania idei. Ciągnie Was do siebie, jakoś się rozpoznajecie, wyławiacie z tłumu. Romantyzm już minął, a Wy nadal wierzycie w braterstwo dusz. Anachronizmy.
Skorupa musiała zostać rozbita. Nasz Krzyś zdobył się w końcu żeby zaproponować coś więcej niż wspólny powrót do domu i "cześć" przed drzwiami. Teatr, kolejny zabytek, którego jeszcze nie udało się dostosować do naszego modelu, kwestia czasu. "Madame Butterfly", chyba o jakiejś tragedii. Cóż, bywamy ironiczni. Musiał się spóźnić, zaczęliśmy o to dbać kiedy tylko wyszedł z domu. Autobus się spóźnił, na przejściu dla pieszych zaczepił go turysta pytający o drogę..., nie miał szans zdążyć. Ona za to nie miała żadnych problemów, zjawiła się kilka minut przed czasem. Już się widzieli, kiedy wyjechał samochód. Krzyś wiedział, przeczuwał tragedię, tak jak kiedy widzi się dziecko i czuje się, że zaraz się przewróci i stłucze kolano. Nie mógł zdążyć. Skoczył, ale przetoczył się już tylko przez maskę hamującego samochodu. Karetka przyjechała szybko, była już w drodze zanim zdarzył się wypadek. Musieliśmy zadbać aby naszemu Krzysiowi nic się nie stało. A ona? Przetrwają tylko najsilniejsi. Skorupa pękała kiedy wieźli ją na salę operacyjną, z tej agonii nie mogli jej wyciągnąć, misja musiała się powieść.
Sześć lat, sześć lat koszmarów i braku snu. Sześć lat walki o dzień z jasnym umysłem. Sześć lat strachu, powstawania, upadków, tłumaczenia i pogrążania się w wyimaginowanej winie. Winie za śmierć jedynej osoby wartej by dla niej żyć. Świadomość, iż nie można było temu zapobiec. Świadomość istnienia Ich. Świadomość wojny unoszącej się nad nami. Wojny o rząd dusz. Wojny przegrywanej przez nieświadomych tego zwycięzców. Sześć lat ukrywania wiedzy i rozdarcia pomiędzy skrajnymi drogami. Sześć lat niemożności ukrywania się przed nią, przyjaciółką wyłaniającą się z przeszłości. Gotową wziąć pod swoje skrzydła, wskazującą nową drogę. Mówiącą o tym, iż dołączyłem do Przebudzonych i wmawiającą, że powinienem się Im przeciwstawić. Sześć lat zastanawiania się ile kolejnych lat bólu to przeciwstawienie się może przynieść. Jeden dzień przebłysku, być sobą, nadal, niezmiennie, nieustannie.
Sześć lat mieliśmy szansę. Skorupa pękła jak bańka mydlana puszczona przez dobre dziecko, które nie będzie miało już styczności z Wami. Gdyby nie pojawiła się ta dziewczyna, która za wszelką cenę starała się nie dopuścić, aby poszedł naszą drogą, zwyciężylibyśmy. Czyżby ona wiedziała, czyżby była z Tradycji? Dlaczego nie udało nam się jej wtedy schwytać? Była tak sprytna przez długi czas. Krzysztof prawie się poddał. Wymagało to spowodowania drobnego załamania nerwowego, ale prawie się udało i nagle się obudził. Zaczął budować na powrót swoją skorupę i zaczęliśmy go tracić. Nie można było do tego dopuścić, w końcu to My spowodowaliśmy jego Przebudzenie. Jakże moglibyśmy zrezygnować, kiedy jego potencjał mógł nam zagrozić. Był nasz i nie było odwrotu. Gdyby nie ta dziewczyna. Musiała pilnować go od długiego czasu, musiała wiedzieć. Trzeba było ją zlikwidować i to szybko. Była sprytna, zajęło nam dwa lata zanim zmusiliśmy ją dopopełnienia błędu. Postaraliśmy się aby zrozumiał. Dostarczono mu gazetę. To zwykli ludzie są potworami, a nie My. Chcieliśmy się jej pozbyć, ale wykorzystanie jej przed śmiercią było już inwencją wynajętych rzezimieszków. Nie przyłożyliśmy do tego ręki. Tak się staraliśmy żeby zrozumiał, a czym odpłacił nam Krzyś? Postanowił ze sobą skończyć. Niewdzięcznik. Pierwszy raz poczułem wdzięczność dla kogoś spoza Nas. Nie wiem kto to był nie uznałem za stosowne sprawdzać tego. Ważne, że potrafił mu przetłumaczyć, że tak nie można. Sporo innych ludzi cos tam gadało, ale ten jeden potrafił do niego przemówić. Może jednak zainteresuje się tą postacią? Po raz kolejny nasz bohater pokazał jaki posiada potencjał. Po raz kolejny potrafił się pozbierać. I był nasz. Pojawiła się kolejna osoba w jego życiu, kolejna dziewczyna. Miła, ładna, pożyteczna. Wyleczyliśmy ją, aby związek mógł się rozwijać. Krzyś zaczął w końcu myśleć poprawnie. Założył rodzinę, poszedł do pracy. Ogląda telewizję i niańczy śliczne dzieciaki. Pracuje dla nas choć niekoniecznie się w tym orientuje. Gdybyśmy wystąpili otwarcie znów mógłby zacząć zamykać się w swojej skorupie. No i widzicie? Po co ten upór? My już wiemy jak postępować, prędzej czy później i tak zaczniecie iść naszą ścieżką. Czy nie lepiej po dobroci? Bez tych wszystkich wstrząsów, tragedii, niepotrzebnych problemów? Piszę to tylko po to, aby Wam tego zaoszczędzić. Czyż nie Jesteśmy wspaniałomyślni?
Tak jest dobrze, życie jeszcze ma sens. Żona wie o wszystkim i gra ze mną tę tragikomedię przed Nimi. Rozumie mnie i wspiera. Skorupa stała się niezauważalna, a zarazem twardsza niż kiedykolwiek. Przepuszcza tylko ciepło i spokój jaki daje rodzina. W tej skorupie do końca życia pozostanę sobą, nie angażując się i naśmiewając z Nich. Chcą rządzić światem, a nie potrafią złamać jednego człowieka. Nie doceniają potęgi przyjaźni i możliwości ludzi przypartych do muru. Nie wiedzą, że więcej w życiu człowieka może zmienić jedno wypowiedziane zdanie, niż śmierć milionów. Są przekonani o swej nieomylności i sami doprowadzą się do zguby. Zostanę sobą na zawsze, aż dadzą mi spokój,...lub wykończą.