Wyszukiwanie

Różności
Magia Chaosu
Demonologia
Dyskordianizm
Galerie
Kontrkultura
Magazyny
Mity Celtyckie
Symbole
Tajemnice przeszłości
Teorie Spiskowe
Ufologia
Gildia Tajemnic
Archiwum Newsów
 Maj
Gildie
  DVD
Relacja z dechrystianizacji.
Ostatnia aktualizacja: 18 listopada 2004
Autor: Miecław
Wrzucił: Kormak



Relacja mojego kolegi jest wyczerpująca. W zasadzie nie ma potrzeby jej uzupełniać. Napiszę więc jedynie o tym, o czym on nie mógł wiedzieć - o moich osobistych doznaniach.

Przed wyprawą prosiłem bogów o wskazówki - o sen proroczy. Sen nadszedł. Widziałem samego siebie jakby z boku, w rytualnym stroju, odprawiającego obrzęd. Czułem wielkie moce przepływające przez moje ciało. Wizja była niewyraźna, ale ogólny jej sens zrozumiały: bogowie wiedzą, co chcę zrobić, akceptują to i dopomogą mi w tym.

Do Sobótki dotarliśmy planowo i bez przeszkód. Szkoda tylko, że nie mieliśmy dobrego przewodnika lub mapki. Najkrótsza droga na szczyt wiedzie bowiem szlakiem czerwonym. Żeby na niego wejść, trzeba zajść na zachodni kraniec miasta. Na początku czerwonego szlaku znajduje się stadnina. Coś dla Bessy i plamy ;-) . Jeden z koni był czarny jak węgiel - nadawałby się na konia Trygława...

My natomiast zaszliśmy na północny kraniec Sobótki, do podnóża sąsiadującej ze Ślężą góry. Miejsce, w którym mój kolega poczuł wielką moc, okazało się potem (sprawdziłem to na mapie) być położonym tuż obok źródła.

Góra rzeczywiście wydawała się "uśpiona". Mam niewielki talent ESP i potrafię wyczuć aurę miejsca. Ślęża ukrywała swe moce. Czułem, że istnieją, ale są nieaktywne. Mentalna cisza... Nawet w historycznych miejscach kultu.

Przed wejściem na szczyt od strony zachodniej znajdują się dwa kamienne kręgi kultowe (ofiarne). Dotknąłem jednego z kamieni, zamknąłem oczy i usiłowałem wyczuć coś moim 6. zmysłem. Ale panowała cisza. Nie zdziwiło mnie więc, że kultowy posąg niedźwiedzicy również nie emanował mocą. Zwłaszcza, że został przeniesiony z innego miejsca.

Dotarliśmy na szczyt i do schroniska zbyt późno. Poszliśmy spać. Pierwotny plan zakładał, że obrzęd odbędzie się o wschodzie słońca, ale okazało się to niemożliwe - schronisko
jest zamykane na noc, między 22 a 9, wschód słońca zaś miał nastąpić ok. 6:30 (uwzględniając zmianę czasu).

Najciekawsze rzeczy działy się jednak przy samym obrzędzie. Oczywiście przygotowałem sobie wcześniej tekst, jaki wygłoszę. Jednak, gdy tylko wezwałem Czterolicego (Świętowita), zaczęło wszystko dziać się tak, jak w moim śnie: słuchałem własnego głosu tak, jakby mówił moimi ustami ktoś inny. Słowa, WŁAŚCIWE SŁOWA, płynęły same - i nie były wcale identyczne z tymi, jakie zamierzałem wygłosić. Jednakże ta ingerencja bogów nie była wroga, wręcz przeciwnie. Pomogli mi wypełnić obrzęd właściwie. Mimo, że głos zaczął mi się łamać, a ręce w pewnym momencie się roztrzęsły... Tak to jest, gdy marna istota ludzka obcuje z Mocami. Strach pomyśleć, co byłoby, gdyby Moce były mi wrogie...

To zdarzenie ze spaleniem się wody to autentyk. Ogień nie zrobił mi krzywdy - jedynie zaskoczył. Teraz żałuję, że odruchowo odskoczyłem - gdyby dotknął mnie święty płomień, byłbym uświęcony. Choć, z drugiej strony, możnaby to uznać za świętokradztwo. Może więc dobrze się stało.

W drodze powrotnej minęliśmy jeszcze 2 ciekawe miejsca. Najpierw kultowy posąg zwany "panna z rybą". Niestety, został "zamknięty w klatce". Na drewnianym postumencie wokół posągu umieszczono 4 wielkie kraty i całość nakryto drewnianym daszkiem. Wejść się nie da, a fotografować nie ma sensu :-( Trochę niżej na czerwonym szlaku jest źródełko, z którego kolega nabrał wody do buteleczki (tak, tej właśnie uświęconej płomieniem, dotkniętej przez bogów).

W czasie obrzędu czułem się trochę zdezorientowany (wpływ nadprzyrodzonej ingerencji), ale nie osłabiony. Natomiast po niej poczułem przypływ mocy! POTĘŻNY przypływ! Postanowiłem, że nie kupię już następnej paczki papierosów i... póki co dotrzymałem słowa!!! Tak postanowiłem wykorzystać ową Moc.

Zapraszamy do dyskusji na naszym forum.