Wyszukiwanie

Cyberpunk2020
Nowa Gildia RPG: Cyberpunk
Gry fabularne
  Hunter
  Mag
  Mumia
  Wampir
  Wraith
Gildie
  DVD
O nas...
Opracowanie graficzne serwisu
Korporacje i my
Ostatnia aktualizacja: 20 marca 2001
Autor: Kret



No tak, właściwie ten temat musiał nadejść prędzej czy później. W końcu to oni są tymi złymi... prawda? A może nie?

Jakby nie patrzeć, jest to także element naszego życia i chcąc nie chcąc muszę ten temat poruszyć.

Czym tak naprawdę jest korporacja? Trudno o jednoznaczną odpowiedź. Korporacja jest tworem olbrzymim, koncentracją kapitału na ogromną skalę. Zwykle przyjmuje formy spółki akcyjnej (pol. SA, ang. corporation, niem. AG) lub z ograniczoną odpowiedzialnością (pol. Z O.O., ang. Ltd., niem. GmbH). Takie formy prawne we wszystkich wystarczająco rozwiniętych krajach dają korporacji pewną ciekawą właściwość - spółka staje się osobą prawną. To znaczy, że wszelkie zobowiązania, roszczenia, nawet sprawy sądowe mogą być podejmowane przeciwko spółce, a nie jej twórcom lub właścicielom. Oznacza to z kolei, że mając wystarczająco dużo kapitału zakładowego (spółka z ograniczoną odpowiedzialnością - w Polsce 4 tys. zł) lub kapitału akcyjnego (odpowiednik pierwszego w spółce akcyjnej, w Polsce wynosi on 100 tys. zł) możemy przestać być odpowiedzialni swoim majątkiem za zobowiązania, które ciągle przecież my właśnie - ludzie - zawieramy. Dlatego też spóki kapitałowe - w przeciwieństwie do spółek osobowych, w których właściciel odpowiada całym swoim osobistym majątkiem za zobowiązania spółki - są takie wygodne.

Jeżeli przedsiębiorstwo dobrze radzi sobie na rynku, przynosi zyski i ma rozsądny zarząd (bo to nie to samo, co właściciel, o czym za chwilę), to prędzej czy później zacznie inwestować w rozwój swojej firmy. Nierzadko warto zainwestować za granicą, choćby ze względu na kraje o niższej stopie podatkowej które w dodatku mają podpisaną umowę o unikaniu podwójnego opodatowania. Po iluś tam latach takiego procesu okazuje się nagle, że firma ma filie w kilkunastu krajach, a produkowane przez nią dobra (na przykład samochody) nie są już jednoznacznie angielskie, amerykańskie czy francuskie. Ale to tylko początek chaosu.

Bo weźmy pod uwagę, że firmą kieruje zarząd. Jednak nie on ją posiada. Owszem, istnieje system motywowania menedżerów zapewniający im ileś tam akcji, które przynoszą im dochód i od nich tylko zależy wynik finansowy firmy, a co za tym idzie - ich dywidenda, czyli zarobek. Ale w porównaniu do obrotów takiej firmy, to ułamek procenta. Własność jest wykazana na papierach wartościowych zwanych udziałami lub akcjami (na akcjach to już raczej nie, bo są zbywalne - ale chodzi mi o to, że ten kto je posiada, ten jest faktycznym właścicielem). Więc będąc firmą amerykańską, możemy tak naprawdę być własnością włoską lub hiszpańską (jeśli akurat stamtąd pochodzi człowiek, który ma pakiet większościowy). Przy czym nie zawsze trzeba mieć 51 procent akcji, żeby bezwzględnie rządzić firmą - wystarczy czasem mieć na przykład 23 procent, najwięcej z pozostałych. Wyobraźcie sobie te gierki o jakąś żywotną dla firmy decyzję w sytuacji, gdy na zgromadzeniu akcjonariuszy lub udziałowców każdy "gracz" posiadający akcje ma około 10 - 20 procent w całości. Koterie, interesy, przepychanki... kto wie, może nawet zbrodnie lub przynajmniej niejasne sprawy. Esencja dobrego korporacyjnego cyberpunku nie wykracza zwykle poza pokoje "Hiltonów i Hyattów", jakby ujął to Gibson. Lepsze niż "Wampir", bo możemy oddziaływać na zmysły i emocje ludzi żyjących - w grę wchodzi seks, pieniądze, wygody... ale to taka mała dygresja na boku.

No, ale to tylko właściciel. Powiedzmy, że ma on solidny wpływ na politykę i dzialność firmy - może nawet i decydujący, ale czy na pewno? W pewnym momencie nasza firma odnotowuje straty w swojej filii w jakimś orientalnym państwie - powiedzmy Japonii. Powody? Nadzorujący tam pracę dyrektor uważa, że ci ludzie są leniwi i w ogóle nie zależy im na firmie. Zwolnił już kilkanaście osób, nie tylko z zarządu. Ale straty ciągle są, a nawet rosną. Tamten dyrektor nie wie, co zrobić.
Otóż bardzo możliwe (w tym kazusie to pewne, zwykle nie zawsze tak jest), że wina leży po stronie dyrektora. Wprowadził swój system zarządzania, powiedzmy amerykański, do zupełnie innego kręgu kulturalnego - a jak dowiedziono, zarządzanie to jeden z najbardziej wyraźnych elementów kultury. Japończyk jest przyzwyczajony do zupełnie innego stylu zarządzania, z większą swobodą działania i brakiem ścisłego, rozpisanego regulaminu (vide instrukcja obsługi klienta w McDonalds - masz nawetnapisane pod którymś numerem "miły uśmiech"). Nie jest leniwy - Japończycy to jeden z najbardziej pracowitych narodów na świecie, ale oni swoją pracę - i wszystko co robią - traktują jak dzieło sztuki. Ich praca jest dopasowana do nich, nie na odwrót. Poza tym, ich życiem kieruje bardzo ścisły kodeks honorowy, wykształcony przez tysiąclecia, którego nie potrzebują uzupełniać żadną instrukcją. Dodatkowo, dyrektor filii popełnił niemal zbrodnię ( w znaczeniu moralnym, oczywiście) zwalniając swoich pracowników. W japońskich korporacjach jest niemal nie do pomyślenia wyrzucenie człowieka z pracy. Może nie awansować, może zostać zdegradowany (to straszna hańba)... Ale wyrzucenie Japończyka z firmy zdarza się bardzo rzadko, jest to definitywne zerwanie starannie pielęgnowanej więzi przełożony - podwładny, na co japoński dyrektor nigdy by się nie zgodził. Mogłoby się to skończyć - w pewnych sytuacjach - samobójstwem pracownika (jeśli nie rozumie, dlaczego go wyrzucają a poświęcił firmie całe swoje dotychczasowe życie).
No to mamy dylemat - zwolnić tego dyrektora i zainstalować tam autochtona Japończyka (co prawie na pewno zmniejszy integralność korporacji) albo zostawić tam tego buca i niech system gnije w cholerę - czytaj, "niech próbuje zrozumieć specyfikę stylu japońskiego". Co dla białych jest praktycznie niemożliwe.

A weźcie pod uwagę, że istnieje siedem wyodrębnionych wyraźnie kultur kapitalizmu - holenderska, szwedzka, angielska, amerykańska, jaońska, francuska i niemiecka. Do tego dochodzą nowe, wyrastające dopiero kultury, które zapewne będąstanowiły swoiste mieszanki tych wymienionych. I w każdej z tych kultur różne jest podejście do pracy, kapitału i człowieka. To całe systemy filozoficzne, a obeznani ze sprawą na pewno rozpoznają wpływy Hegla czy Kanta na zarządzanie niemieckia, albo japoński system filozoficzno - religijny w służbie biznesu. Polecam tu książkę Trompenaarsa i Hampdena - Turnera pt. "Siedem kultur kapitalizmu" (Dom Wydawniczy ABC, Warszwa 1998).

Ten proces będzie się w naszej korporacji powtarzał, aż tak naprawdę tym co będzie jednoczyło firmę będą tylko przepływy kapitału. Niektóre firmy starają się o uniformizację swoich pracowników (np. McDonalds, firmy usługowe takie jak UPS lub niektóre banki) a inne wręcz przeciwnie, starają się maksymalnie przystosować do oczekiwań lokalnych rynków (wiele firm w Polsce tak robi, podkreślając polskość swoich produktów i usług - bo "tylko" kapitał pochodzi już z zagranicy).

Oblicze korporacji teraz? Rozczłonkowany, gigantyczny twór, pół-materialny, pół-efemeryczny (bo czyż jest rzecz bardziej ulotna i niestała niż prawo?) z coraz mniejszym znaczeniem centrali - naszego biurka w siedzibie zarządu. Meldunki, jakie dostajemy są coraz bardziej ogólne. Nie znamy już tak naprawdę sytuacji w żadnej filii na bieżąco - analiza tych wszystkich informacji staje się niemożliwa, i choć się odbywa (służy do tego specjalna komórka) to i tak dostajemy tylko syntetyczne raporty. Nas interesuje tylko całościowy wynik firmy. Dlatego, jeśli staniemy w obliczu kryzysu finansowego, bez żadnego wahania zamkniemy jakąś podrzędną fabryczkę części lub produktów na lokalny rynek w kraju, którego nazwy nawet nie potrafimy dobrze wymówić.

A teraz wyobraźcie sobie, że z takimi możliwościami stajemy się - my, zarządzający i nasi przełożeni, akcjonariusze i udziałowcy - współdecydentami o losach wszystkich tych państw, w któych posiadamy wystarczająco dużo fabryk. Dla Polski sześć fabryk samochodów lub komputerów to już dla nas bilet do rządzenia tym krajem... przecież my mamy potworne pieniądze, zapewniamy pracę setkom lub tysiącom ludzi których można zwolnić (a to wówczas jest już siła polityczna). Tak naprawdę zaczynamy współrządzić państwem razem z innymi korporacjami. Pesymistyczny obraz, ale spokojnie - to nie kres państwa. Jeszcze nie. Tylko rządzący państwem mają pełny (w miarę) obraz tego, co dzieje się w ich kraju, mogą więc zaatakować naszą korporację od strony, której nie pilnujemy (bo my też pilnujemy w końcu sytuacji nie tylko w tym kraju, ale i w kilkunastu innych, i to sytuacji związanej z naszą firmą, a nie tym państwem). Poza tym, państwo zawsze dysponować będzie lepszym aparatem przymusu - bo legalnie usankcjonowanym. My musielibyśmy inwestować w podziemie kryminalne i temu podobne wynalazki, a to się mogłoby nieciekawie skończyć. Nie żeby ktoś miał nas postawić w stan oskarżenia - ale bawienie się w finansowanie mafii to raczej poważna przeginka, za to niekoniecznie idzie się do więzienia. Szybciej można za to wpaść pod samochód-pułapkę z okna naszego biura na trzydziestym piętrze...

I tak dalej. Nie znam jeszcze wszystkich aspektów życia wielkich korporacji (dopiero zaczynam obracać się wśród tych ludzi, a dla biednego studenta nie jest to zbyt łatwe), ale jedno mogę powiedzieć na pewno. Nie uciekniemy przed nimi. Tylko taka forma koncentracji kapitału zapewnia bawienie się w wielkie, kosztowne i wspaniałe zwykle w swym efekcie inwestycje - jak linia kolejowa przez odludne tereny w XIX wieku, most przez cieśninę Oeresund czy samolot Concorde. O przyszłościowych trudno nawet mówić, ale popatrzcie na nowy model Renault (ten luksusowy) żeby zrozumieć, o czym mówię.

A zagrożenia? Biurokracja, przerost aparatu zarządzającego - to jeszcze pół biedy, bo skończy się najwyżej upadkiem korporacji (a nie oznacza to od razu likwidacji jej własności, choć na pewno pojawią się cięcia). Najgorsza jest alienacja ludzi od kapitału. Kapitał jest pojęciem martwym - wbrew pozorom, nie liczy się on sam, tylko sposób w jaki go zdobywamy - czyli praca. Kapitał nie jest celem, ale wytworem przebytej przez nas drogi, i to właśnie ta droga świadczy o nas. Naiwne? Coelhowskie? Marksistowskie? Owszem, ale alternatywa jest przerażająca. Wyobraźcie sobie młodego ambitnego po studiach, który wierząc w prymat wskaźników ekonomicznych nad rzeczywistością (znam takich osobiście) dorwie się do prawdziwego decydowania. Studia ekonomiczne nie wykształcają normalnej ludzkiej moralności tak, jak inne nauki humanistyczne. Zatem sam nie mając żadnego pojęcia o tym, czym jest utrata pracy, wyśle na zieloną trawkę dziesięć tysięcy osób jednym podpisem. Regularnie robią to wszyscy studenci na Wydziale Ekonomii Uniwersytetu Gdańskiego, którzy co roku biorą udział w LARPie organizowanym przez dra Polaka na zajęciach z makroekonomii, grając różnego rodzaju grupy decydenckie - od związków zawodowyh, przez państwo aż do korporacji. Sam na pierwszym roku "zwolniłem" w ten sposób z kilkoma znajomymi tysiące kolejarzy i górników...
A pomyślcie o tych wykolejeńcach, którzy wierzą, że "cel" uświęca każde środki - chcielibyście takim stanąć na drodze, gdy odkryjecie ich sposoby wpływania na decyzje władz lub wykańczania konkurentów?

Jeśli oglądaliście "Cube", to jest tam takie słynne zdanie:
"Nie ma żadnego spisku. Jest tylko wszechobecna ludzka głupota".

I to właśnie - głupota, stanowiąca moralną i intelektualną entropię - stanowi największe zagrożenie dla każdego, w tym również korporacyjnego systemu. Zagrożenie podstawowe, z którym każdy z nas powinien bezwzględnie walczyć.