Ostatnia aktualizacja: 26 lutego 2001
Autor: Kret
Jestem dziś nieco skonfundowany a myśli tłoczą się pod moim sierściuchowatym deklem (Kret ma futerko, które można głaskać we wszystkie strony, czyli ujawnia się jedna z moich cech - nie można mnie brać pod włos) nieco zbyt gwałtownie. Nie wiem, więc dokładnie, o czym będzie ten felieton. Okaże się na końcu. Ostrzegam - może być gotycko, ale WoDem mi się nie odbije, obiecuję.
Zacznijmy od muzyki. Nie jestem ekspertem muzycznym, i zawsze cierpiałem trochę z tego powodu. Nie kojarzyłem namiętnie dzieł i twórców tak jak moi koledzy, choć same piosenki znam doskonale "na słuch" mimo upływu lat. Dlatego też prawdziwą przyjemność sprawia mi rozmowa z ludźmi, którzy za ekspertów pragną być uważani i pilnują swoich wypowiedzi. Ostatnio poznałem takiego człowieka - poziom wiedzy w zakresie muzyki w ogóle był u niego spory, co więcej - pisze on o tym. Zajmuje się muzyką hardcore i po przesłuchaniu fragmentu utworów jego zespołu twierdzę, że zna się na tym. Liczę więc Zając, że coś się w dziale Cyberpunk pojawi Twojego autorstwa. Dlatego nie będę Ci zabierał wierszówki a napiszę tylko ogólnie.
Daje się zauważyć ruch na scenie alternatywnej. Ona będzie w przyszłości mainstreamem, przynajmniej w skali lokalnej. Słuchając zespołu mojego kolegi (tegoż właśnie Zająca - ale mamy leśne ksywki, co? Znam jeszcze jednego Zająca, kilku Misiów, Tygrysa, Muchę, Myszkę, Gawrona, Baranka, Pszczółkę i - jakżeby inaczej - Pajęczycę Arachne) nie byłem w stanie stwierdzić, czy to kaseta kupiona, czy nagranie demo. Okazało się, że to jeszcze nawet nie było demo - tyle, że nagrywane w studio. Wniosek, jaki mi się nasuwa - przyszli Rockerzy, archetypy cyberpunkowych muzyków - mogą zacząć już teraz. Dostęp do studia nagraniowego to tylko kwestia kontaktów, bo przecież nie będzie to studio najwyższej jakości... Wystąpię tu jeszcze z pewną krytyką, otóż zespoły te cierpią na niedosyt dobrych tekstów, a właściwie względnie jasnego przesłania. Są to przemyślenia twórców tekstów, którzy nierzadko zadowalają się - jak by to ująć - własnym językiem i sposobem przekazu, co utrudnia ich odbiór. Postmodernizm postmodernizmem, panie i panowie, ale nie wszyscy myślą tak jak Wy. To stworzyło konieczność marketingu. Korzystajcie z korporacyjnych wzorców.
A Wy, drogie cyberpunki, spróbujcie pobuszować w okolicy i posłuchać tego, co mają do powiedzenia Wasi koledzy i koleżanki. Nieważne, czy mówimy o muzyce hip-hop czy death metal, bo to Wasz wybór a nie mój. Warto jednak zapoznać się z twórczością tych "podwórkowych" zespołów, bo faktycznie stają się oni czymś, co można uznać za głos nowego, miejskiego pokolenia.
Inna kwestia związana z muzyką to jej słuchanie w różnych sytuacjach życiowych. Czy nie jest tak, że bezwiednie a często i przypadkowo tworzymy sobie z muzyki podkład do naszych ról społecznych? Muzyka generuje nam nastrój, pozwala na przyjęcie właściwego w danej chwili zachowania a wreszcie czasami wyzwala nieplanowaną wcześniej decyzję. Jest elementem naszego życia od momentu, w którym została wynaleziona. Tak jak w scenopisach filmowych, tak i tu - w życiu - obowiązuje wiele stylów ilustracji muzyką poszczególnych scen. Zależy to od poziomu kulturalnego aktora i od stylu, jaki przyjmie. Można po hollywoodzku - czyli muzyka gra praktycznie przez cały czas, zmienia się tylko jaj dynamika w zależności od sytuacji lub lokacji. Można też bardziej wschodnio - doceniając znaczenie ciszy. Celują w tym filmy japońskie ("Ghost in the shell", ale także produkcje spoza gatunku), ale i polskie filmy potrafią znaleźć się w tym nurcie. Ta druga forma ilustracji pozwala - według mnie - nieco bardziej wejść w rzeczywistość, ponieważ nie ma piękniejszej muzyki niż odgłosy życia dookoła nas. A Cisza - ta ostateczna, nieodwołalna - zwiastuje także konieczność odegrania własnej roli do końca i zejścia ze sceny w spokojny mrok foyer i dalej - gdzie? - tego jeszcze nie wiem.
Ja osobiście nie jestem zwolennikiem ilustrowania mojego życia muzyką non stop - czyli chodzenia z walkmanem na uszach. Oprócz tego, że kocham odgłosy miasta i rozmowy jego mieszkańców jest jeszcze powód bezpieczeństwa - lubię słyszeć, żeby zdążyć zareagować. Muzyki czasem słucham w domu, często na imprezach, chadzam także na niektóre koncerty - choć rzadko. Ale jednego rodzaju koncertu nie potrafię opuścić. Koncertów Chóru Uniwersytetu Gdańskiego (koniec reklamy, ale w pełni zasłużonej) i innych konkurentów tej instytucji z Trójmiasta.
Moja historia z chórami zaczęła się prawie rok temu, gdy jedna koleżanka zaprosiła mnie na swój występ, w kościele św. Katarzyny w Gdańsku. Pamiętam to, bo koleżanka ma na imię Kasia i stało się to chyba nawet przedmiotem jakiegoś małego żartu. Mieliśmy pójść tam z kolegami w kilka osób, ale koledzy upili się chyba nieco szybciej niż powinni i zostałem sam, w dodatku trzeźwy, przed bramami tegoż kościoła. Wszedłem i wyszedłem po godzinie. Moje życie uległo zmianie.
Muzyka chóralna jest niesamowitym dopełnieniem mojego życia. Wyzwala we mnie potęgę ducha, o której nie myślałem wcześniej. To prawda, innych rodzajów muzyki słucham znacznie częściej. Ale nic nie zastąpi chóru śpiewającego w chłodnych murach starego kościoła. Wtedy, siedząc na którymś ze środkowych miejsc dla lepszej akustyki, marzę jedynie o tym, żeby wszyscy inni słuchacze wyszli.
Dlatego, że przed oczami rozpościera mi się wizja. Dlatego, że mam nieodmiennie ochotę zapłakać ze wzruszenia - tak szczerze, to i tak płaczę, tylko po cichu. Dlatego, że wtedy i tam właśnie spotykam swojego Boga.
Bóg nawiedzający moją zbuntowaną, cyberpunkową duszę to nie jest ktoś - coś? - o czym z kimkolwiek rozmawiam. Do wczoraj nie przyszło mi nawet do głowy napisać o nim cokolwiek, co ktoś inny mógłby przeczytać. Nie pozwalam na wchodzenie w tę sferę nikomu, nawet mój brat tu nie zagląda. Żaden inny człowiek nie jest w stanie nawet zbliżyć się do niego. Jest tylko mój i tak pozostanie. Spróbujcie sobie jednak wyobrazić Kreta - czy kogokolwiek innego - który jest człowiekiem głęboko wierzącym, a jednocześnie pragmatykiem. Absolutnie niereligijnym agnostykiem, a jednocześnie fanatykiem, który wierzy w Boga. Nie, tego się nie da wytłumaczyć, to tylko bezsensowne zapełnianie wierszówki.
A właśnie to uczucie wzbudza we mnie śpiew dziesiątek ludzi w chłodnych murach kościoła. Wśród tych osób jedna już na stałe wyryła swoją ścieżkę dostępu do mojej duszy - ta "jedna koleżanka", o której nie myślałem inaczej jak o sympatycznej, średnio mi znanej dziewczynie. Jej głos słyszę zawsze, gdy śpiewa - no cóż, jest pierwszym sopranem, to nawet naturalne... Stała się dla mnie kimś w rodzaju prywatnego anioła stróża, który śpiewa mi o przeznaczonym mi zadaniu na tym świecie. Ona zna mnie jako lekką, pełną energii osobę, która raczy wyszukanymi komplementami wszystkie napotkane dziewczyny. Wie, że język jest moją bronią i że słowa mi łatwo przychodzą - cenię ją za tę umiejętność, choć w duchu żałuję takiej oceny siebie.
Podobno, gdy śpiewa się w chórze i naprawdę to kocha, głos przestaje być naszym głosem, jednoczy się w harmonii i dopełnia inne głosy. Nigdy tego nie przeżyję (a przynajmniej nie za szybko, bo mam astmę), ale wierzę, że tak jest. Że wtedy stajemy się głosem Boga.
Chór w kościele. Potężne narzędzie do budowania nastroju. Polecam go nie tylko w ścieżkach dźwiękowych do Waszych sesji. Spróbujcie wybrać się na taki koncert na żywo. Może jacyś Wasi znajomi śpiewają w chórze akademickim; może po prostu takie występy gdzieś się odbywają. Ubierzcie się porządnie na spotkanie z Bogiem i liczcie na to, że przyjdzie. Powinien, bo to raczej porządny koleś.
A być może wśród tych śpiewających głosów bożych trafi do Was ten jeden - szczęśliwy głos Waszej przyszłej gwiazdy zarannej, o której głosie będziecie myśleć nawet wtedy, gdy koncert się skończy. I kiedy skończy się następny. I następny...
Jeśli dojdzie do takiej sytuacji, nie bójcie się. Ujmijcie w dłoń słuchawkę i zacznijcie szukać. Namierzcie ten głos. Znajdźcie go i zacznijcie o niego walczyć. Walka odbywa się o dużą stawkę - dla prawdziwego Cyberpunka to wyzwanie nie do odrzucenia. Bronią w tych zmaganiach są słowa, ale też i czyny. Te ostatnie są ważniejsze w długim okresie, te pierwsze - na starcie. Pamiętajcie - im więcej wiecie, im więcej tematów potraficie poruszyć, tym Wasze szanse są większe. Gry RPG wyrabiają zdolności wypowiedzenia się w sytuacjach stresowych (Mistrzowie Gry, czy ja nie mam racji?), więc może się okazać, że to gadanie i opisywanie to nie była strata czasu.
Jasne, że na początku jest trudno. Wszyscy się boimy, że zostaniemy skrzywdzeni. Ciąży na nas nasza opinia, nasza przeszłość i nasze doświadczenia. Przekroczenie tych barier okazuje się czasem ponad siły, bo wszyscy w tych sprawach jesteśmy konserwatystami. Ale zawsze warto spróbować.
Walka może się zakończyć różnie. Możecie się rozczarować szybko lub po wielu latach. Możecie rozczarowanie spowodować. Może się wreszcie okazać, że po prostu nie przystajecie do siebie. A może być i tak, że rozczarowania nie będzie. Ale prawdziwą porażką będzie nie przystąpienie do walki, oddanie pola. Może trzeba będzie zrobić nieco dziwne rzeczy, może nieco niezgodne z naszym dotychczasowym światopoglądem. Nie wolno więc wchodzić w nowe związki kierując się starymi doświadczeniami - nie wolno nawet o nich mówić, jeśli ona lub on o to nie poproszą. Każdy taki związek rozszerza nasze pojmowanie świata. Każdy nieudany uczy, jak mówić "nie". Najważniejsze słowo w życiu Cyberpunka.