Ostatnia aktualizacja: 9 kwietnia 2001
Opracował: Robert Gębuś
" Naród odradza się tylko w kąpieli krwi"
Diderot
W czasach, gdy Wiek Światła przeżywał swój rozkwit, a wielkie umysły go kształtujące, takie jak Holbach, czy La Mattrie przekonywali siebie nawzajem, że człowiek jest organizmem czysto fizycznym, będącym alternatywą maszyny lub zwierzęcia, inny autorytet - w osobie Helvetiusa poszedł dalej, postrzegając istotę ludzką, jako konsekwencję otaczających ją rzeczy. Według niego stosunki społeczne były niczym innym, jak grą jednostkowych potrzeb, targanych nim uczuć, namiętności i partykularnych interesów. W poszukiwaniu tajemnicy ludzkiej egzystencji i procesów kształtujących świadomość, filozofowie wyrażali jednocześnie obawę przed "ciemnym motłochem", który w każdej chwili może się stać "instrumentem i wspólnikiem wichrzycielskich demagogów" (Holbach). Każdy jednak z wielkich tamtego okresu, idąc z duchem epoki, którą współtworzył, dyskredytował despotyzm jako formę rządów, przywłaszczającą sobie władzę kosztem społeczeństwa.
Kilka lat później w Paryżu, pewnemu bezrobotnemu kucharzowi przytrafiła się przygoda, która przewróciła do góry nogami jego dotychczasowy system wartości.
Wszystko zdarzyło się podczas rozruchów ulicznych, których istoty nie w pełni rozumiał, za to od dziecka lubił być wszędzie, gdzie się coś działo. Najchętniej w charakterze widza. A działo się wówczas sporo.
Był 14 lipca 1789 r. Doprowadzony do ostateczności obłudą króla, uciskiem burżuazji i katastrofalnym stanem jakości życia, tłum najuboższych, zwanych "ludźmi o gołych ramionach", postanowił wziąć sprawy w swoje ręce, zdobyć broń i ustalić porządek według nowych reguł. W tym celu ruszył w kierunku Bastylii, czternastowiecznej twierdzy, która służyła w okresie monarchii, jako więzienie. Tam spodziewano się trafić na magazyn broni, a że budowla ta była w oczach tłumu symbolicznym bastionem znienawidzonego systemu, wobec tego postanowiono połączyć przyjemne z pożytecznym i nie pozostawić po niej kamienia na kamieniu. W czasie pochodu gromada rosła z każdą chwilą, skandując hasła wolności i równości, a wściekłość narastała w niej w miarę uczucia potężniejącej siły. Domagająca się poprawy bytu, przymorzona głodem ciżba, karmiła się chwilowo jedynie ideą jedności i zniesienia monarchii. Celem pośrednim była chęć uwolnienia "więźniów politycznych", którzy w sile siedmiu przebywali w Bastylii. Tę groźną grupę stanowiło czterech fałszerzy, dwóch umysłowo chorych oraz jeden - osadzony tam na życzenie ojca. Załogę twierdzy stanowiło 125 żołnierzy, z których 95 było inwalidami, baz realnej wartości bojowej. Mimo to, w momencie, gdy lud stanął pod murami więzienia, dzielni kombatanci gotowi byli do stawienia oporu. Pozwolili jednemu delegatowi " zwiedzić" twierdzę, zaś natrętną resztę wyprosili za pomocą salwy z armaty. Wywołało to krótką wymianę ognia, w której zginęło ok. 100 osób, co dla powstańców było stratą niewielką, natomiast załogę Bastylii zmusiło do kapitulacji. Uzyskawszy wcześniej od zdobywców obietnicę nietykalności, żołnierze wpuścili zwycięzców do środka, przekonując się jednocześnie na własnej skórze, jak kruchą podstawę mają rewolucyjne gwarancje. Rozzuchwalony łatwym zwycięstwem tłum potrzebował krwawej ofiary, gdyż samo zburzenie Bastylii nie wystarczałodo wyładowania nagromadzonej przez lata frustracji.
Wtedy właśnie pojawia się nasz bohater, bezrobotny kucharzyna, który już od dawna nic nie ugotował. W miejscu tym znalazł się bardziej na wskutek zbiegu okoliczności, niż świadomego działania. Spotykając podekscytowany tłum skandujący hasła, z których najbardziej przemawiało do niego "chcemy chleba i pracy", poddał się impulsowi, dając ponieść się fali ludzi i własnej ciekawości. Jako kucharz, oprócz chleba postulowałby chętnie o jakieś dodatki do niego, jak chociaż kawałek mięsa, ale będąc osobą wstydliwą i czującą tremę przed publicznymi wystąpieniami, pozostawił inicjatywę w rękach ludzi lubiących się udzielać, sam przyjmując rolę biernego obserwatora.
Pod murami Bastylii stał się świadkiem walki i jej zdobycia. Było to dla niego dużym szokiem. Oto upadła twierdza, którą uważał za wieczną i niezniszczalną, jak monarchia francuska z którą ją utożsamiał.
Ludzie wdarli się do wewnątrz, a za nimi nasz kuchcik , który przez całe życie nie darowałby sobie, gdyby ominęła go okazja obejrzenia od środka legendarnego bastionu. Tam, wśród wściekłych wrzasków, przeplatanych rewolucyjnymi okrzykami rozgrywa się drugi akt dramatu. Załoga więzienia, która w prostym kucharzu zawsze budziła respekt, jest wleczona przez zwycięzców niczym pospolici przestępcy. Na ich czele, pośród wyzwisk i drwin jest prowadzony człowiek, którego poważnie się bał, gubernator de Launey. Obserwuje, jak groźny Launey zostaje rzucony na pastwę tłumu, gdzie każdy, kto ma ochotę może go sobie kopnąć. Dostrzega, że nie taki diabeł straszny, jak go malują i wcześniejszy respekt zmienia się z wolna pod wpływem nienawiści tłumu, w otwartą niechęć. Nie popiera jednak brutalnych metod, jakimi ludzie dają mu do zrozumienia, jak bardzo obrzydły im dotychczasowe rządy. Tymczasem ciżba nie może zdecydować się, czy go powiesić, odrąbać głowę, czy przywiązać do końskiego ogona. Dowódca, czując nadchodzący koniec, decyduje się na desperacki wyczyn. Atakuje zaskakującym kopniakiem, najbliżej stojącą osobę. Cios ów jest słaby, jak cała francuska monarchia, ale rewolucjoniści odbierają go jak policzek wprost od króla.
Los gubernatora miał dopełnić się nieco szybciej. Pojawia się jednak problem nadmiaru ochotników do wykonania zadania. Wobec tego inteligentniejszy od innych uczestników zdarzenia proponuje, by zabił go poszkodowany. Tłum ochoczo temu przyklaskuje.
Poszkodowanym okazuje się być kucharz, który pod wpływem nagłego przypływu odwagi i ciekawości podszedł zbyt blisko. Ktoś szybko wciska mu w rękę szablę, polecając dokończenie dzieła. Ten bezwiednie bierze ją w dłoń, ale nie bardzo wie co z nią zrobić. W swoim życiu zabił najwyżej kilka kur i to dawno, gdy jeszcze miał co jeść. Wychowano go według katolickich zasad łagodności i miłosierdzia, nawet dla wroga, ale lud paryski obserwujący każdy jego ruch, zaczyna się niecierpliwić. W zgiełku okrzyków zniesienia tyrani, coraz wyraźniej słyszy ponaglenia, nawołujące do czynu. Pod presją masowej idei wolności, równości i braterstwa, identyfikuje się z tłumem. Przejmuje jego świadomość, czując ciążący na sobie obowiązek pełnienia misji, do której oswabadzający się z jarzma tyranii naród, wyznaczył mu rolę kata. Dostrzega w gubernatorze sprawcę swojej nędzy i przyczynę wszystkich życiowych porażek. I wśród tych uczuć zapomina o litości. Uderza Launeya dwa razy w głowę tak gorliwie, że roztrzaskuje szablę. Ponieważ pozbawia go jedynie przytomności, a nie chce dać plamy przed publicznością, więc wyjmuje z kieszeni scyzoryk służący mu dotychczas jedynie do otwierania wina i wprawnymi ruchami oddziela głowę od tułowia. Wkrótce miało powstać urządzenie, które wówczas bardzo ułatwiłoby mu pracę.
Jesteśmy ludźmi. Każdy z nas posiada mniej lub bardziej giętki kręgosłup moralny. Niektórzy go łamią, ale nie zmienia to faktu. Z ludzi składa się tłum. Człowiekiem jest ten kucharz. Jedna z głównych cech, odróżniających nas od zwierząt, to zdolność do samodzielnego myślenia abstrakcyjnego. Dlaczego więc jednostka w tłumie tej cechy nie posiada, stając się tylko częścią potężnego organizmu owładniętego jedną ideą? Najpierw szukałem odpowiedzi w sobie. Również bywałem częścią takiego skupiska ludzi. Moje wnioski były jednak niekompletne. Brakowało im fundamentu, a ponieważ jest to istotny aspekt poruszanego przeze mnie tematu, więc sięgnąłem do "Psychologii tłumu" autorstwa przedwojennego, francuskiego pisarza, Le Bona. Jego poglądy miały niemały wpływ na Hitlera, więc można go uważać za, swego rodzaju, " guru demagogii". W jednym z rozdziałów pisze tak: " Noc św. Bartłomieja ani wojny religijne nie były dziełem królów, podobniejak ani Robespierre, ani Danton, ani Saint Just nie stworzyli Terroru. Wypadki te zrodziła dusza tłumu, odpowiednio opanowanego przez narzucone mu idee".
Tłum rządzi się innymi prawami od tych, które obowiązują jednostkę. Kierując się wyłącznie emocjami, pozbawia swych członków zdolności logicznego myślenia. Stając się jednym organizmem ulega hipnozie wspólnej myśli, popychającej go do zachowań zupełnie skrajnych, w których szlachetność często idzie ręka w rękę z okrucieństwem. Zmienny, nieobliczalny, obezwładniający potęgą nawet samego siebie, żarłocznie rzuca się na strawę złożoną z prostych, dobitnych haseł trafiających do jego duszy, poprzez obietnicę realizacji choćby najbardziej nierealnych pragnień. Tam powstaje świadomość celu, który obiera sobie skupisko ludzi zrodzone z potrzeby działania. Świadomość ta, przenikająca ludzką masę niczym wirus, jednoczy tłum wokół człowieka, który potrafi ją ukierunkować i nadać konkretny kształt.
"Zanik świadomości własnego "ja" u poszczególnych osób i poddanie uczuć i myśli jednemu kierunkowi - oto pierwsza z cech organizującego się tłumu", pisze Le Bon. Oddaje to sytuację, w której znalazł się zarówno kucharz, o którym wspomniałem na początku, rzesza ludzi biorąca udział w Wielkiej Rewolucji Francuskiej, nie wyłączając rządzących, jak i każdy człowiek który kiedykolwiek brał czynny udział w życiu społecznym.