Wyszukiwanie

WoD: Wraith
Upiorne opowieści
Wielka Biblioteka Stygijska
Księgi umarłych
Świat Mroku
Świat Mroku: ogólne
Gry fabularne
  Hunter
  Mag
  Mumia
  Wampir
  Wraith
Gildie
  DVD
Niekończąca się krucjata - część 1
Ostatnia aktualizacja: 29 maja 2001
Autor: Paweł "ShandoR" Marczewski
Rysowała: Królik



Tekst ukazał się w magazynie internetowym Inkluz w numerze 20          

Nie pamiętam właściwie, jak się znalazłem po drugiej stronie. To stało się zbyt szybko, przez Całun zostałem jakby przepchnięty w krótkim momencie nieświadomości. W jednej chwili patrzyłem zamglonymi oczami na jakieś dziwne, wznoszące się na piaszczystym wzgórzu miasto, a po chwili byłem już tutaj - pośród cieni. Zmiana była raptowna i bardzo bolesna. W mgnieniu oka przeniosłem się z rozżarzonej pustyni w objęcia mroku i chłodu. Tylko jedno właściwie nie uległo zmianie. I tam, i tu właściwie nic nie widziałem. Tam z powodu ropy sklejającej mi powieki i oślepiającego słonecznego blasku, tu... Właściwie nie wiem, przez co. A raczej wtedy nie wiedziałem. Na twarzy miałem coś lepkiego, co rozmywało moje spojrzenie, zacierało kształty i przepuszczało właściwie jedynie dźwięki.          
PowiększenieA potem zniknęło. Odzyskałem ostrość widzenia, ale świat, który ujrzałem był inny niż ten, który znałem do tej pory. Przypominał wizerunki, które znałem z kościelnych witraży, był jednak pozbawiony ich kolorów. Wydawał się być cały ulepiony z przeróżnych odcieni szarości.            
Z trudem zdołałem wstać. Stanąłem na drżących nogach i spojrzałem w otchłań, rozpościerającą się poniżej niewielkiej wysepki twardego podłoża, na której stałem. Wokoło szalały wszystkie demony piekieł. Krajobraz przelewał się , zapadał w sobie i wypryskiwał tysiącami gejzerów. Nie było jednak ciepło. Chłód mroził mi skórę, po ciele przebiegały mi dreszcze.
- Patrzysz w odmęty Burzy, synu. - usłyszałem za sobą głos, który przejął mnie dreszczem silniej niż tysiąc piekieł, które oglądałem. Wiedziałem, że muszę się odwrócić, jednak starałem się za wszelką cenę odwlec ten moment.           
Za mną bowiem stała sama śmierć. Postać ubrana była w długie, czarne szaty przypominające całun, w jaki spowija się zmarłych. Zacząłem niemal nasłuchiwać dzwonienia, którym zawsze oznajmiał swoje przybycie człowiek zbierający pomarłych od zarazy. A jednak nie było żadnego dźwięku poza cichym poświstem dobywającym się spod czarnego kaptura.
- Nie lękaj się. Dzisiaj rozpoczynasz pierwszy dzień swej długiej nauki. Żywi już nigdy nie będą mogli cię skrzywdzić.
Rozważałem przez chwilę jego słowa. On tymczasem odwrócił się i zaczął iść, nie oglądając się za siebie, w kierunku przeciwległego krańca wysepki. Dopiero wtedy dostrzegłem zacumowaną tam długą, czarną łódź bez wioseł.
Przyjrzałem się swoim dłoniom i swemu ciału. Jeszcze przed chwilą byłem szesnastoletnim wyrostkiem ubranym w podarte łachy. Głodnym i rozpaczliwie pragnącym ujrzeć Ziemię Świętą. Teraz na moich dłoniach były ciężkie, rycerskie rękawice, miałem też na sobie kolczugę i dziwną tunikę ze znakiem krzyża. Byłem też znacznie wyższy. Jakże chciałem wtedy móc ujrzeć swoją twarz!
Postać w czerni stała już pośrodku owej dziwnej łodzi. Kiwała na mnie trupiobladym palcem, który niczym siny wąż wyłaniał się z czerni rękawa jej szaty. Poszedłem w kierunku łodzi. W istocie, czyż miałem jakiś wybór?

*

         Nauka była długa. Szczególnie trudno było mi zrozumieć, że jestem MARTWY. Ale czyż nie jest to największym problemem dla wszystkich nas, którzyśmy się znaleźli tutaj, w królestwie śmierci? Przecież nie tak to miało wyglądać. Gdzie jest Bóg? Czyż po śmierci nie miał wziąć nas w swoją opiekę? Czyż śmierć nie miała być kresem wszystkich cierpień? Tymczasem okazuje się, że była jedynie ich początkiem.          
Zamiast jednak użalać się nad sobą, musiałem zacząć uczyć się nowego świata . Tak, jakbym zdążył nauczyć się starego... Nie było jednak rady. Koścista dłoń mojego mentora była nieubłagana, popychając mnie nieustannie w kierunku coraz to nowych wyzwań. Dowiedziałem się, że mój nauczyciel, jest kimś, kogo tutaj nazywają Przewoźnikiem; kimś, kto pomaga umarłym przedostawać się przez kotłujące się pod ich nogami piekło, które tu nazywane jest Burzą. Miałem już okazję przyjrzeć się mu dość dokładnie.          
Zasypywałem mojego jedynego sprzymierzeńca setkami pytań. Mozolnie, kawałek po kawałku składałem na nowo swoje otoczenie. A że mój towarzysz nie był specjalnie rozmowny, szło to bardzo opornie. Po jakimś czasie jednak z tych drobnych skrawków dawało się wyłowić pewne fragmenty. Dowiedziałem się, że Przewoźnik uwolnił mnie, ściągając mi z twarzy szarą błonę. To właśnie ona zniekształcała moje widzenie. Podobno każdy upiór (jak złowrogo brzmiało to słowo!) pojawiał się po Drugiej Stronie spowity właśnie w nią. Ów akt oswobodzenia dawał oswobodzicielowi pewną dozę władzy nad nowonarodzonym (czy też powinienem raczej rzec - nowoumarłym). Poinstruowano mnie także, że niektóre upiory, od dawna już zadomowione w Zaświatach, tak bowiem wszyscy nazywali tę szarą krainę, robiły z tej władzy piekielny użytek. Miałem sięo tym niedługo przekonać na własne oczy.
           Póki co pozostawała jeszcze sprawa zbroi i mojego ogólnego wyglądu. Okazało się, że każdy nieboszczyk przyjmuje po drugiej stronie taki wygląd, jaki drzemał w jego najgłębszych snach i wyobrażeniach o sobie samym. Niektórzy wyglądali zupełnie normalnie, innym wyrastały skrzydła lub rogi. Ja przyjąłem ciało krzyżowca, w którym było tak niesamowicie dużo miejsca... Zbyt dużo. Czułem się samotny we własnym ciele.

*         

Wkrótce po znalezieniu się w Zaświatach zacząłem śnić. Mój mentor był zdumiony. Mówił, że umarli nie śnią, z wyjątkiem tych rzadkich przypadków, gdy wystawi się ich na działanie innych upiorów, biegłych w pewnej tajemniczej mocy, która pozwalała na zsyłanie i modelowanie snów. Ja jednak śniłem bez niczyjej pomocy. I nie powiem, żeby mi się to podobało - moje sny były pełne bólu i cierpienia. A co gorsza, pełne obrazów z mojego życia.          
Pierwszej nocy ukazały mi się obrazy katedry. Rozpoznałem ją niemal natychmiast. Saint-Denis. Monumentalna modlitwa ukuta w kamieniu, wewnątrz której wszystkie inne modlitwy zdawały się milknąć, porażone majestatem. Stałem wewnątrz, skulony w załomie bocznej nawy, z ręką wyciągniętą po jałmużnę. Starałem się wyglądać na starego i schorowanego, pochyliłem się ku posadzce najgłębiej, jak się dało bez tracenia równowagi. Wcześniej uwalałem swoje podarte łachmany znalezionym w jednym z zaułków opactwa końskim łajnem, aby wydać się bardziej żałosnym i zabiedzonym. Co jakiś czas ktoś wtykał w moją spoconą dłoń jakąś drobną monetę. Ja zaś stałem tak, starając się być jakby częścią kościoła, upodobnić się do wyzierających ze ścian figur i wizerunków.           
Wpadłem w jakiś dziwny rodzaj tępego odrętwienia. Nie słyszałem już nawet samego siebie, dukającego nieśmiałe prośby o datki. Nie widziałem także ludzi, zarówno tych, którzy wchodzili do kościoła nie zwróciwszy na mnie najmniejszej uwagi, jak i wpychających spoconymi dłońmi monety w moje wyciągnięte ręce.          
Nagle jakiś dźwięk przebił się przez mgłę nieświadomości. Dopiero po chwili udało mi się wyłowić pojedyncze słowa i połączyć je w zdania. Spojrzałem w górę. Wydawało mi się z początku, że to samakatedra odzywa się do wiernych gdzieś z mroków sklepienia. Dotarło jednak do mnie, że głos był cienki. Należał do kogoś bardzo młodego. Dziecka. Zauważyłem, że dobiegał gdzieś spod ołtarza. Większość wiernych stłoczyła się właśnie tam.           
Pokonałem strach i wstyd i pokuśtykałem w tamtym kierunku, gnany ciekawością. To wtedy zobaczyłem go po raz pierwszy. Stał na niewielkim podwyższeniu. Ubrany był prosto. Ot, syn kupca, lub średnio zamożnego chłopa od których roi się w miastach i opactwach. A jednak było w nim coś, co od razu przykuwało wzrok. Jakaś wewnętrzna siła. Tuż za nim stał biskup, w ciężkiej szacie ociekającej złotem. Znak jego tłustego podbródka zerkały niewielkie oczka. Wydawał się być śmiertelnie zdumiony. Stał tak chwilę bezradnie, po czym otrząsnął się i ruszył, by przegonić chłopaka. Powstrzymał go jednak pomruk tłumu, zasłuchanego w piskliwy głosik płynącyz niepozornego ciała. I ja dałem się porwać. Zastanawiałem się nawet, czy moje pierwsze wrażenie nie było słuszne, bowiem przemawiał tak, jakby to sama katedra obdarzyła go głosem...

Koniec części pierwszej