Wyszukiwanie

WoD: Wraith
Upiorne opowieści
Wielka Biblioteka Stygijska
Księgi umarłych
Świat Mroku
Świat Mroku: ogólne
Gry fabularne
  Hunter
  Mag
  Mumia
  Wampir
  Wraith
Gildie
  DVD
Jaśmin
Ostatnia aktualizacja: 2 kwietnia 2001
Ator: Łukasz Makowski



Cały świat odwrócony plecami
Pamiętaj choć ty, zapamiętaj mój głos
Nie pytaj już dokąd odchodzę
Zobaczymy się tam, kiedy przyjdzie twój czas

       -CLOSTERKELLER

 
Coś we mnie pękło. Próbowałem walczyć, nie mogłem jednak Tego przezwyciężyć. Od początku przeczuwałem, że jestem skazany. Ale nie udało mi się nie tylko z powodu mojego wrodzonego pesymizmu. Gdy zdecydowałem się wreszcie odwiedzić jakichś konowałów, dowiedziałem się, że to rak. Takie banalne wyjaśnienie dla czegoś takiego! Niczego więcej nie mogłem się spodziewać. Próbowali mi pomóc, choć nie wiedzieli co się dzieje. Gdybym wcześniej szukał rady u specjalistów, zapewne otrzymałbym tylko pocieszający uśmiech, kilka ciepłych słów i skierowanie do jednej z klinik psychiatrycznych. W końcu nikt jednak nie poznał prawdy, którą udało mi się przemycić na tą stronę Całunu.

Najpierw przychodziła w snach. Z całą pewnością mogę powiedzieć, że głos należał do kobiety. Delikatne, czułe i ciepłe słowa niejeden raz budziły mnie w pościeli mokrej od potu, w skromnej sypialni mego funkcjonalnego mieszkania. Spoglądałem wówczas w ciemną szczelinę okna, na setki gwiazdek okien, lamp i reklam miasta. I na niebo zalane krwistobladą czerwienią świateł rojowiska ludzkiego, w którym mieszkałem. Lubiłem to swoje miejsce. Z mozołem i prawdziwą przyjemnością uczyniłem je oazą spokoju. Przestrzeń, o której marzy niemal każdy, splamiony brudem takiego zespołu sypialni i miejsc spożywania posiłków jak to megamiasto. Übermiasto, myślałem o nim z nienawiścią, jakby to był żywy organizm. Może i był? Czułem tętniące w nim życie. Pośpieszne kroki, westchnienia, szepty jakby tajemnych istot, o których nikt z żyjących nie miał pojęcia, a które tworzyły jego prawdziwy krwioobieg. I im bardziej nienawidziłem przestrzeni wokół mego azylu, tymbardziej kochałem to, co miałem wyłącznie dla siebie. Półki z książkami. Pachnące przyjemnie tomy, z których byłem tak dumny. Często im o tym mówiłem i wydaję mi się, że były tym mile połechtane. Mogłem szczycić się nimi bezwstydnie, bo nie miałem przed kim się tego wstydzić. Mój apartament na jedenastym piętrze jednej z wielu rozpadających się, szaro-smutnych, prostopadłościennych brył zwanych blokami mieszkalnymi miał jeszcze jedną cudowną właściwość: samotność. Wprost mogłem się w niej pławić, łykać ją pełnymi haustami. Nigdy nie czułem się osamotniony, a samotność była dla mnie wielką przyjemnością w świecie, w którym można było być pewnym, że wszystkie te piękne kobiety na ulicy można minąć tylko raz. Pojawienie się kogoś w mojej nienaruszonej nigdy przez nikogo domenie uznałem trafnie za oznakę wielkich zmian. Nie wiedziałem jeszcze jakie one będą, ale głos który mówił do mnie te niezrozumiałe słowa był tak pociągający,że byłem pewien swego pożądania dla istoty, której twarz, czy nawet sylwetka nigdy nie pojawiły się w mych nocnych marzeniach. Budziłem się z otwartymi ustami i wyschniętym językiem. I pragnąłem więcej...

Dni wciąż były takie same, bezimienne. Za każdym razem kiedy schodziłem po schodach aż na sam parter i patrzyłem na ludzi bez strachu wchodzących do klatki windy, do kielicha mojej nienawiści dołączała kolejna kropla. Miałem czas by obserwować wszystkich mieszkańców poprzez graty, które wystawiali na korytarzu. Patrząc na niepotrzebne nikomu sprzęty, których nikt nie chciał się też ostatecznie pozbyć, drzwi i wycieraczki przed nimi, poznałem lokatorów lepiej, niż gdybym przeprowadził z każdym godzinny wywiad. Zawsze w drodze do pracy miałem o czym pomyśleć, jeśli akurat nie miałem dzieła Camusa czy Kanta pod ręką.

Dziękowałem Niebiosom za pracę, którą po długich staraniach znalazłem. Włoska restauracja Verona była wprost wymarzonym dla mnie miejscem. Przypominała trochę moje skromne mieszkanie: oaza spokoju przy rwącym potoku szerokiej ulicy. Ludzie przychodzili tu zrelaksowani i zasiadali do długich posiłków w tej szczególnej atmosferze, jaką nadają im, zdawałoby się - niepraktyczne, świece. Uwielbiałem je zapalać, gdy przy stoliku zasiadali nowi goście. Te błyski w ich oczach nadawały ich umierającym ciałom nowego znaku życia. Na ulicy nigdy nie dostrzegłem takiej energii, jaka wibrowała między mężczyzną i kobietą, którzy w złotym blasku ognia dotykali czule swych dłoni, cierpliwie oczekując, aż z autentycznym uśmiechem zacznę przynosić zamówione dania. Lubiłem to, co dla siebie robiliśmy. Dziękowali, wychodzili i mogliśmy o sobie zapomnieć. Unikałem stałych klientów. Ci nigdy nie przeżywali przygody z odkrywaniem nowych przestrzeni.
Bałem się stagnacji, ajednocześnie unikałem w życiu chaosu i rozpadu, sympatycznie zwanych przez fizyków entropią. Próbowałem podążać własną ścieżką. Po kilku tygodniach od pierwszego spotkania Głos w moich snach przybrał wyraźniejszą formę, albo to ja stałem się na jego wołanie wrażliwszy. Gdy dźwięki poczęły formować się w słowa, nie były już tak ponętne. Oznajmiły mi delikatnie, że to z powodu mojej nieuformowanej do końca osobowości, pełnej sprzecznych myśli Duszy, ów ktoś postanowił odwiedzać właśnie mnie. Stwierdziła otwarcie, że już mnie nie opuści. Wtedy po raz pierwszy poczułem milczące ukłucie chłodnego przerażenia.

Tego dnia, którego nie mogę do dziś zapomnieć, nie poszedłem do pracy. Wcześniej wydawało mi się, że niedopełnienie obowiązków będzie moim najgorszym koszmarem. Tak było do chwili, gdy miałem ów... sen. Po przebudzeniu długą chwilę leżałem, zastanawiając się co się stało, próbując uspokoić serce i uciszyć szum w uszach. Wpatrywałem się dłuższą chwilę w sufit skąpany w ciemnoniebieskich barwach wczesnego świtu, po czym z wolna odwróciłem głowę, nie mogąc podnieść jej z poduszki. Kilka ciemnych kropel kapnęło z nosa na śnieżną biel prześcieradła. Gęsta krew zostawiała szybko rosnące okrągłe plamki. Była 4:30. Stoczyłem się z łóżka i nie mogąc wstać, poczołgałem się do łazienki, zostawiając za sobą ciemnoczerwony ślad. Tam, dzięki ciasnocie, w której łatwo znalazłem oparcie, udało mi się wstać. Spojrzałem w lustro. To co zobaczyłem, naprawdę mogę opisać tylko cichym jękiem, który wówczas z siebie wydałem. Nie przeraziła mnie moja trupioblada postać. Nawet nie zastanawiałem się, dlaczego koszulę mam w strzępach, a ciało podrapane i poszarpane jakby pazurami. Na lustrze dostrzec można było zaschnięty już niemal, rdzawoczerwony napis. Bezgłośnie, poruszając jedynie wargami, przeczytałem słowa, których jeszcze przez pewien czas nie rozumiałem. "Witaj w piekle".

Z wolna wróciły mi siły. Umyłem się i opatrzyłem. Usiadłem przy moim ogromnym, dębowym biurku i postanowiłem spisać wszystko, co uda mi się przypomnieć z tego koszmaru. Wspomnienia nocy wracały powoli, do wieczora zanotowałem tylko kilka zdań. Ciemność. Mrok, który nie był wokół, lecz we mnie. Ból, nienawiść, strach, tęsknota... Uczucia, z których ilości wcześniej nie zdawałem sobie sprawy. Uczucia, których nazwać nie potrafiłem. Żadnego istnienia, działania, czegokolwiek. Pustka.

Przez następne kilka dni prawie nie wychodziłem z domu. Nie miałem na nic siły ani chęci. Leżałem i spałem niemal bez przerwy. Dzięki Bogu - już spokojnie. Głos w moich snach przestał się pojawiać. Nie byłem pewien czy to dobrze.

Minęło kilka tygodni, gdy znowu w domu zaczęły dziać się rzeczy, o których ludzie tak chętnie mówią "dziwne". Obudziłem się którejś nocy. Wydawało mi się, że na niższym piętrze ktoś pijany rozpoczął samotny koncert operowy. Wsłuchując się w słowa uświadomiłem sobie, że ktoś śpiewa w obcym języku. To był arabski! Zerwałem się z łóżka i czujnie nadstawiłem ucha. Kobiecy głos w bezksiężycową, czarną jak smoła noc śpiewał jakąś wesołą arabską pieśń. Żaden z lokatorów nie posiadał takich umiejętności, tego mogłem być pewien. Ostatnio też chyba nikt się nie wprowadzał, więc zaintrygowany poszedłem w stronę, z której dźwięk jakby dochodził - z łazienki. Zapaliłem po drodze wszystkie światła. Stanąłem w drzwiach. Serce jakby uderzyło mi po raz ostatni, gdy cofnąłem się aż pod ścianę i zamarło, podobnie jak ja cały. Wanna była pełna wody, w której pływały płatki jaśminu. Gdy stałem oniemiały, śpiew ucichł. Po chwili ciszy rozległ się szczery śmiech, jakby młodej kobiety i dźwięk kilku pluśnięć wody, która w wannie nawet nie drgnęła. Wstrząsnął mną dreszcz. Cisza, która po tym zapanowała była zniewalająca. Bałem się poruszyć nawet powieką. Myśli kłębiły się w głowie, która ciążyła mi coraz bardziej i zaczynała boleć. W końcu jednak fizjologia zrobiła swoje i odetchnąłem głęboko. Zacząłem spokojnie tłumaczyć sobie, że nie jestem wariatem, że na pewno nic mi nie jest. Teraz byłem pewien, że wydarzenia sprzed ponad miesiąca nie były chwilowym brakiem władz umysłowych, jak podejrzewałem. Coś się działo i wyraźnie było związane ze mną. Dlaczego? To pytanie nie dawało mi spokoju. Byłem już jednak pewien, że to nie ja nalałem wody do wanny. Na pewno nie miałem też w domu jaśminu.

Rozejrzałem się jeszcze raz po pustej łazience i nie odwracając się, cały czas oparty o ścianę, poszedłem do kuchni. Zimne światło rozjaśniło laboratoryjną niemal czystość tego pomieszczenia. Wszystko było na swoim miejscu, na jasnobłękitnych, ceramicznych płytkach pokrywających podłogę i ściany nie było niczego dziwnego. Chciało mi się pić. Otworzyłem szafkę ze szklankami. Obiema drżącymi dłońmi wziąłem jedną i posuwistym człapaniem podszedłem do lodówki, gdzie zawsze miałem coś chłodnego do picia. Otworzyłem lodówkę, gdy na moje bose stopy wylała się brunatna masa. Lodówka była pełna żywych karaluchów. Biegały po wszystkim, po sobie, kilka dostało się na moją rękę, a teraz rozbiegły się po kuchni. Czułem ich szorstkie dotknięcia na nogach, muśnięcia czułków. Zwymiotowałem. Nim opuściły mnie ostatnie torsje, zacząłem zabijać to paskudztwo. Deptałem ich chitynowe pancerze, nieświadomy obrzydzenia, jakie czułem. Po kilkunastu minutach na podłodze leżała już tylko gęsta, mokra masa zmiażdżonych owadów. Musiałem zabić ich setki, jednak większość zdołała umknąć. Gdy to sobie uświadomiłem, zrezygnowany poszedłem do łazienki by się umyć. Bez emocji spojrzałem na wannę, w której nic się nie zmieniło. Już sięgałem ręką by wypuścić wodę, gdy rozległ się suchy trzask i błysnęła przepalająca się żarówka. W tej samej chwili zobaczyłem przed sobą lśniącą sylwetkę i przerażony instynktownie odskoczyłem do tyłu. Potknąłem się i przewróciłem na plecy. Gdy spojrzałem przed siebie, postać dalej bezszelestnie tkwiła tam w bezruchu. Zacząłem krzyczeć i czołgać się do pokoju. Tam wstałem, zamknąłem z trzaskiem drzwi i, co teraz wydaje mi się zupełnie bez sensu, zabarykadowałem je regałem.

Obudziłem się koło południa, siedząc na krześle, z głową na biurku. Oszołomiony nie mogłem uwierzyć w wydarzenia, których mglista pamięć powoli zanikała w mym umyśle. Wszystko jednak musiało mieć miejsce, regał wciąż barykadował drzwi. Podbiegłem i nerwowo próbując odblokować wyjście, przewróciłem zabytkową szafkę. Stuletnie tomy posypały się w nieładzie na podłogę. Moja ulubiona pozycja - "Makbet" wydany w Strassburgu, w roku 1895 - upadła otwarta tuż przede mną. Poczułem dławienie w gardle, jednak zatrzymałem się tylko na chwilę. Otworzyłem w końcu drzwi i pobiegłem do kuchni. Podłoga była czysta, jakby ją właśnie umyto. Wróciło pytanie - może jednak wariuję? Zamyślony poszedłem do łazienki i podobnie jak w nocy, stanąłem przed otwartymi drzwiami. Wanna była pusta i sucha. Z zapartym tchem nacisnąłem włącznik światła. Nic się nie stało. Wszedłem do środka. Pachniało jaśminem.

Postanowiłem nie gasić wieczorem świateł. Zupełnie jak dziecko! Zastanawiałem się nawet nad kupnem jakiegoś radia albo telewizora. W końcu jednak udało mi się jakoś opanować nerwy. Trwało to jednak na tyle długo, by w pracy ktoś "życzliwy" dostrzegł moje zmęczenie. Nigdy nie lubiłem tej kelnerki. Pracowała trzy razy krócej niż ja, a goście prosili ją o pomoc o wiele chętniej niż mnie. Nie tylko biznesmeni i samotni dziennikarze. Była pretensjonalna, jej dobre maniery pozostawały wiele do życzenia nawet najbardziej niewybrednym osobom z otoczenia. Dla klientów zawsze była miła, błyskotliwie inteligentna, umiarkowanie dowcipna i przede wszystkim dawała im to, czego chcieli, bez wyjątku. Nie mogłem pojąć jak szef może to tolerować. Do chwili, gdy podczas nocnego spaceru, na jakie od pewnego czasu coraz częściej się odważałem, zobaczyłem ich. Gdy następnego dnia poszedłem do pracy, by powiedzieć co myślę i złożyć rezygnację, przywitał mnie szef, bez słowa podając wymówienie. Nie wahałem się, nie chciałem tam zostawać.

Do domu wróciłem późno wieczorem. Rzadko pijałem alkohol, a niemal nigdy nie byłem pijany. Nie tego wieczora jednak. Usiadłem przy moim kochanym biurku i otworzyłem szufladę. Dawno już tego nie robiłem. Kupka papieru wyskoczyła niczym na sprężynie. Nigdy nie mogłem dojść z tym do ładu. Nerwowo przerzuciłem zapiski, wycinki i zdjęcia, szukając tego jednego. Kartki latały po pokoju, niczym magiczne ptaki. Wreszcie znalazłem jej jedyną fotografię, jaką miałem. Więcej nie zdążyła już zrobić. Stała tam w czerwonej czapce, spod której wymykały się jasne kosmyki, uśmiechnięta, tak jak ją zapamiętałem. Jasnobłękitne narty delikatnie komponowały się z barwami śniegu, gór, nieba i mojej kurtki. Wpatrując się tak w jej cudowne oczy, uśmiechnąłem się z wolna. Czy ją kochałem? Chyba tak. Na pewno nie zdołałem zapomnieć tamtych dwóch dni. Pierwszego, gdy poznaliśmy się na tym stoku i drugiego, gdy miała wypadek. Mieliśmy sobie tyle do powiedzenia! Świadomość tego faktu pojawiła się z chwilą, gdy zamieniliśmy pierwszych kilka słów. Iluż rzeczy nie udało nam się dokonać?! Szybko pojawili się ratownicy, helikopter, podałem się za narzeczonego i odlecieliśmy do szpitala. Po kilku godzinach dramatycznej operacji wybiegłem stamtąd z płaczem. Wydawało mi się to końcem życia w ogóle. Czas jednak płynął naprzód z nieubłaganym okrucieństwem i tylko to, oraz zwykła ciekawość przekonały mnie do pozostania na tamtym świecie jeszcze trochę. Mówiłem sobie jeszcze trochę i jeszcze trochę, a chyba tak naprawdę byłem tchórzem. Za to siebie nienawidziłem.

Kilka słonych kropli spłynęło mi po policzkach i z cicho upadło na zdjęcie. Na biurku leżały zapałki, którymi zawsze zapalałem świece. Sięgnąłem po nie, by po chwili z mieszaniną bólu i ulgi móc patrzeć jak popieleją moje wspomnienia. Gdy ogień zaczął parzyć palce, zdałem sobie sprawę z tego co zrobiłem. Natychmiast rzuciłem papier na biurko i dłonią zgasiłem ogień. Pół zdjęcia zdążyło spłonąć. Czarna granica zapomnienia już niemal zupełnie pochłonęła tą najpiękniejszą twarz. Ból. Nie mogłem już powstrzymać łez.

Wkrótce po tym wydarzeniu mój stan zaczął się pogarszać. Myślę o mojej skórze. Chociaż nie... Najpierw można to chyba było dostrzec w oczach. Od długiego już czasu nie zwracałem uwagi na swój wygląd fizyczny. Dopiero, gdy twarz przybrała blady, szarozielony odcień, uświadomiłem sobie, że już od dawna oczy mam zapadnięte i matowe. Spoglądałem w lustro, powoli zbliżając do niego twarz, aż w przepastnej czerni źrenic mogłem dostrzec odbicie lustra, a w nim moją twarz. Szybkim ruchem odchylałem głowę, tłumiąc krzyk. Nie wiem czemu, ale powtarzałem to traumatyczne doświadczenie. Dostrzec siebie jako odbicie w lustrze własnego spojrzenia. Nie musiałem szukać okrutniejszego sędziego ani inkwizytora moich zdziczałych myśli. Ona była ciągle ze mną. Czy to jednak na pewno ona? Dlaczego miałaby mnie tak nawiedzać? Nie szukałem już odpowiedzi. Bezsilnie obserwowałem postępujący proces rozkładu mojego młodego wciąż ciała. Aż pewnego dnia byłem już pewien tylko jednej rzeczy - ta chwila nadeszła. Ułożyłem się wygodnie w łóżku i zasnąłem...

Rzeczywistość okazała się inna niż jakiekolwiek znane mi przypuszczenia. Czołgałem się po nieznanej mi przestrzeni, jak młody, ślepy kociak. Nie wiem, czy podobnym, płaczliwym głosem wzywałem pomocy, jednak w końcu znalazł się ktoś, kto podniósł mnie z klęczek, przetarł mi oczy i wskazując pomarszczoną dłonią mroczną ulicę miasta rzekł: "Idź i bądź najlepiej jak tylko potrafisz, od teraz jesteś wolny". Ruszyłem więc przed siebie oszołomiony. Jedynym bagażem jaki miałem, była nadzieja.  Nadzieja, że jedyna osoba, z którą dzieliłem to najprawdziwsze z uczuć, jest gdzieś tam i czeka na mnie. Nadzieja, że wciąż warto żyć.