Wyszukiwanie

Świat Mroku
Świat Mroku: ogólne
Wampir
  Nomads
Wilkołak
Mag
Changeling: the Dreaming
Mumia
Świat Mroku: Opowiadania
Gry fabularne
  Hunter
  Mag
  Mumia
  Wampir
  Wraith
Gildie
  DVD
O nas...
Opracowanie graficzne serwisu
Nowa Gildia
Gildie
  DVD
Przyjaciele Nowej Gildii
Głosy z Otchłani
Ostatnia aktualizacja: 7 czerwca 2001
Autor: Yendrek



Opowiadanie pochodzi z pisma Storyteller.

Głos pierwszy:


Zagłębiłem się w Labiryncie. Wszedłem do Niego, aby poznać wszystkie Jego tajemnice. Był wyzwaniem dla moich umiejętności. Czy podołam? Początkowo myślałem, że znam go wystarczająco dobrze, przecież badania prowadziłem już bardzo długo. Jednak już po przekroczeniu bramy okazało się, że jest on mroczniejszy i bardziej zagmatwany niż myślałem... Nie zważając jednak na to, zapuściłem się w korytarze, poznanie jego sekretów było celem mojego życia. Nie mogłem, a nawet nie chciałem z tego zrezygnować.
Im głębiej schodziłem, tym bardziej ściany się zbliżały, tunele robiły się węższe i bardziej oślizłe, zdawało się, że słyszę szepty i oddechy jakichś stworzeń. Może to prawdziwi mieszkańcy Labiryntu dają o sobie znać... Wkrótce spotkałem człowieka. Był zły. Chciał mnie zabić, musiałem być szybszy. I byłem szybszy... On miał moja twarz.
Krążę po labiryncie już długo, bardzo długo. Nadal spotykam tu ludzi. Każdy z nich jest innym mną - cynikiem, psychopatą, przygłupim błaznem. Z niektórymi muszę walczyć, inni sami uciekają. Wiem jednak, że po każdym spotkaniu zmieniam się, zostają mi ich cechy. Ja staję się nimi... a oni mną. Straciłem już nadzieje na poznanie Tajemnicy Labiryntu, a może poznałem ją zbyt dobrze... Teraz chcę tylko wyjść. Chcę opuścić Labirynt... Labirynt mojej jaźni.

Głos drugi:


Człeka owego spotkaliśmy w dniu sto jedenastym naszej Wyprawy do Ziemi Świętej, gdy Miasto nam się bliskim zdało. Brudnym był i zarośniętym, za szatę służył mu jeno strzęp chorągwi. Uznaliśmy przeto, iż był on jako i my, rycerzem krzyżowym, którego niewierni skatowawszy, z niewoli precz pognali. Liczyli snadź, iż pustynia dzieło za nich dokończy i życia go pozbawi. Życie swe uniósł, żar słońca lub lochy pomieszały mu jednakowoż rozum, począł nawoływać nas do powrotu do domu, dostąpienia od bram i zaniechania walki. Powiadał, że krew dalej przelewać grzechem jest.
Nie bacząc na słowa jego, zdążaliśmy ku wytyczonemu celowi dnia, dumnie dzierżąc proporce Chrystusa. Owego nieszczęsnego szaleńca ostawiliśmy, jako iż nie chciał pomocy, a przed marszem z nami się wzdragał. Wkrótce całe baczenie obróciliśmy na Miasto, które nasza święta wyprawa odbić miała, w świetle zmierzchu rajem nam się zdało.
Zastępy nasze orężne wdarły się przez mury. Pan rycerzom swym snadź skrzydeł przydał, z taka szybkością i siłą natarli. Wkrótce miasto padło, dla chwały Bożej wycięliśmy obrońców w pień. Opamiętaliśmy się, kiedy stopy nasze z pyły pustyni obmyła krew niewiernych.
Wstąpiliśmy tedy do Domu Bożego, aby za zwycięstwo podziękować i cześć Mu oddać. Jednakowoż odrzwia zamkniętymi były. Strach wielki padł na nas, pewnym nam się zdało, iż bezbożni świątynię sprofanowali. Rozpoczęliśmy tedy modlitwę... Nagle przez bramę kościoła przeszedł człek ów, który do powrotu przekonywał. Na wszystkich spłynęło opamiętanie. Wszak to jego wizerunki powiewały na naszych sztandarach, zdobiły nasze tarcze, Jego imię zagrzewało nas do boju. Nie baczył jednak na swych wiernych Rycerzy Krzyżowych. Począł chodzić miedzy ciałami obrońców Miasta i zabierał ich dusze ze sobą. Kiedy odeszli, nam pozostało jedynie miasto pełne martwych ciał i gorycz zwycięstwa.

Głos trzeci:


Tak... To ja jestem, a właściwie byłem Bogiem. Stworzyłem ten świat, podobnie jak wiele innych. Powołałem do życia istoty myślące i zostawiłem im go. Wkrótce zaintrygowany ich działalnością zdecydowałem, że będę tu powracał jako zwykły człowiek.
Kiedy wróciłem pierwszy raz, trafiłem do ciała rzymskiego senatora, było to jednak zbyt mało, pragnąłem więcej, byłem przecież Bogiem. Musiałem to zmienić. Ja sprawiłem, że Rzym stał się cesarstwem. Moim cesarstwem. To moje legiony podbiły Egipt, pustoszyły Galię i Brytanię. Moja władza była wielka. Czułem ją i potrafiłem zrobić z niej użytek... Skrytobójczy nóż przerwał ciąg mych sukcesów. Wiedziałem jednak, że wkrótce tu powrócę. Podobało mi się...
Kolejna wizyta. Chciałem poznać pokorę, oddać się kontemplacji i modlitwie. Zostałem zakonnikiem, przestrzegałem nawet najsurowszych reguł bractwa świętego Franciszka. Posty i modlitwy... Wkrótce znudziło mnie służenie sobie samemu wten najprostszy sposób. Znalazłem cel, postanowiłem walczyć z heretykami. Powołałem do życia Świętą Inkwizycję. W podziemiach Centrali więziłem tłumy, które nie chciały we Mnie uwierzyć, ich opór łamałem torturami. Jakże ulotny jest duch człowieka w porównaniu ze stalową dziewicą, kołem, czy hiszpańskimi butami. Krwawe ochłapy niegdyś dumnych ciał wyznawały swe najcięższe grzechy, kochały mnie znowu, wyrzekały się zła. Ponownie czułem się sobą, Bogiem. Byłem panem życia i śmierci, jednym słowem odbierałem fortuny, zadawałem ból i śmierć. Miałem wielką moc.
Następny był żołnierz. Nikłej postury, o semickich rysach. Początkowo zdawał się być najgorszym z wcieleń. Ale to właśnie dzięki temu ciału stałem się ponownie wielki. Stworzyłem partię, której członkowie wierzyli we mnie jako Wodza silniej, niż kiedyś jako Boga. Wierni stali się jednością, tworzyli cały naród. To było ciągle mało, zbyt mało. Moja boskość domagała sięwięcej. Rozpocząłem więc wojnę, w którą uwikłany był cały świat. Bali się mnie, nawet w najdalszym zakątku Ziemi ludzie drżeli na sam dźwięk mojego nazwiska. Ta hekatomba była czymś wspaniałym.
Teraz znowu jestem zwykłym człowiekiem. Przez tyle lat mój apetyt jednak wzrósł. Chcę więcej niż zdobyłem jako cesarz, i mnich, i żołnierz. Chcę wszystkiego... Znowu czuję się Bogiem. Zrobiłem już pierwszy krok... mam pistolet...

Głos czwarty:


Witaj głupcze, ty, który ze swym młodzieńczym zapałem i fantazją ruszyłeś za lśniącym rydwanem. W kogo byłeś zapatrzony? W posępny Księżyc, a może zafascynował Cię blask odległej gwiazdy? Czy nie wiesz, że są dla Ciebie nieosiągalne? Ich blask widać tylko nocą, kiedy śpi rozum. Ty jednak, marzycielu, śnisz na jawie; widzisz siebie jako cesarza z cesarzową u boku, wszechwładnego pana świata. Zlekceważyłeś zalecenia mądrego eremity, nie znasz umiarkowania w swych marzeniach. Podążasz drogą wytyczoną Ci przez maga, nie będąc pewny, czy nie był to zwykły kuglarz. A może byłem to ja?
Nie zwiódł Cię ulotny czar kochanków, nie wierzysz w sprawiedliwość, nigdy wszak jej nie zaznałeś. Jest tylko pustym dźwiękiem jak wiele innych słów, które często padają. Przekroczyłeś już wrota wieży Boga, poznałeś prawdziwe oblicza papieża i papieżycy. Były to tylko maski, pod którymi kryli się zwykli ludzie, podobnie jak ty pełni lęków i rozterek. Czyich autorytety mogą teraz coś dla Ciebie znaczyć? Mówisz, że ich moc nie jaśnieje już jak słońce... Masz rację, ich życie jest też kołem fortuny, kręcącym się ku sądowi ostatecznemu...
Ty wybrałeś więc mój szlak, podążasz nim wraz ze śmiercią. Czy widzisz już jego kres? Nie mylisz się. Ten kształt na wzgórzu to szubienica z wisielcem. To ty nim jesteś... Wiemy jednak obaj, ty i ja, że nie opuścisz już szlaku, który ci wyznaczyłem. A może narzuciłem?
Zapytasz, kim jestem? Jeżeli poznałeś wszystkie znaki wiesz sam, jestem ostatnim, tym, który nie został nazwany...
Jeśli ich nie rozpoznałeś, pamiętaj "wszyscy jesteśmy tylko talią kart".